01.07.2024, 13:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2024, 11:02 przez Anthony Shafiq.)
Rozmawiam chwilę w Sali Bankietowej z Camille Delacour oraz Laurence Lestrange, po czym wychodzę i wracam w innym garniturze jeść tort.
W codzienności, w natłoku obowiązków nie miał problemów z tym aby kiełznać swój dar i poddawać woli. Teraz jednak był wzburzony, być może przy ognistym temperamencie dawałby upust swemu wzburzeniu bardziej, w słowach i gestach. Shafiq jednak implodował zamiast eksplodować, a to nie sprzyjało kontroli języka którego się używało. Francuski przyszedł do niego nie przez grzeczność, a dlatego skojarzenie. Ostatecznie, był tylko człowiekiem.
– Och to dobrze Laurencie, że omijają Was te atrakcje, że odbieracie to miejsce jako spokojne. Kapibara tak... mmm... to słowo mi uciekło. – nie znał go wcale, lecz krew usłużnie podsuwała cały ciąg kapibarowy, łącznie z rosyjską водосвинка wodną świnką, czy norweską Flodsvin, ale też chińską Mizu-buta, choć niewątpliwie jego faworytką była nepalska kyāpibārā. Kyāpibārā miała wystarczająco ozdobników by trafić w antoniuszowe gusta.
Miał wrażenie, że drink go oblepia, a do tej lepkości przylepiają się wszelkie kurze unoszące się w powietrzu. Pyłki. Starty naskórek. Cudzy oddech. Czuł się bardzo źle i wiedział, że żadne zaklęcie nie pomoże mu na to.
– In vino veritas, ciszmy się, że mamy dostęp do czego, co nie obrośnie nas futrem. Szczerze jednak wątpię, aby teksańskie podniebienie było w stanie docenić łagodność i głębię francuskiego bukietu. – Nie powinien tego robić, ale frustracja wybijała w tym co mówił. Rozdrażnienie bodźcami, wilgotną koszulą, paranoicznie wyczuwanym zaciekiem rosła.
– Państwo wybaczą, to ubranie do niczego się już nie nadaję. Pójdę się przebrać nim wjedzie tort, sądzę, że mam jeszcze... – nie nie miał czasu. Światła gasły, tort miał lada moment się pojawić. – Za moment wracam. – Skłonił się nisko przed swoimi rozmówcami i pospiesznie opuścił salę, sięgając po swoją różdżkę. Miał w szafie garnitur przygotowany na to wesele, inny garnitur i bardzo liczył na to, że nie będzie musiał go założyć, ale wyszło jak wyszło...
– Och to dobrze Laurencie, że omijają Was te atrakcje, że odbieracie to miejsce jako spokojne. Kapibara tak... mmm... to słowo mi uciekło. – nie znał go wcale, lecz krew usłużnie podsuwała cały ciąg kapibarowy, łącznie z rosyjską водосвинка wodną świnką, czy norweską Flodsvin, ale też chińską Mizu-buta, choć niewątpliwie jego faworytką była nepalska kyāpibārā. Kyāpibārā miała wystarczająco ozdobników by trafić w antoniuszowe gusta.
Miał wrażenie, że drink go oblepia, a do tej lepkości przylepiają się wszelkie kurze unoszące się w powietrzu. Pyłki. Starty naskórek. Cudzy oddech. Czuł się bardzo źle i wiedział, że żadne zaklęcie nie pomoże mu na to.
– In vino veritas, ciszmy się, że mamy dostęp do czego, co nie obrośnie nas futrem. Szczerze jednak wątpię, aby teksańskie podniebienie było w stanie docenić łagodność i głębię francuskiego bukietu. – Nie powinien tego robić, ale frustracja wybijała w tym co mówił. Rozdrażnienie bodźcami, wilgotną koszulą, paranoicznie wyczuwanym zaciekiem rosła.
– Państwo wybaczą, to ubranie do niczego się już nie nadaję. Pójdę się przebrać nim wjedzie tort, sądzę, że mam jeszcze... – nie nie miał czasu. Światła gasły, tort miał lada moment się pojawić. – Za moment wracam. – Skłonił się nisko przed swoimi rozmówcami i pospiesznie opuścił salę, sięgając po swoją różdżkę. Miał w szafie garnitur przygotowany na to wesele, inny garnitur i bardzo liczył na to, że nie będzie musiał go założyć, ale wyszło jak wyszło...
◀▶
Kiedy wrócił odświeżony na tyle na ile mógł to zrobić w tak krótkim czasie, załapał się jeszcze na resztki tortu. Kolejki już nie było, tyle zyskał, że mógł dostać intensywnie pachnący czekoladą i malinami tort bez konieczności czekania. Wraz z talerzykiem rozejrzał się w poszukiwaniu swoich rozmówców, ale też lustrował okolicę, by umiejscowić obecność przyjaciół, zwłaszcza jednego z nich, który postanowił masochistycznie otworzyć komnatę Sinobrodego kolejny raz.