— Dobra robota wszyscy! — krzyknął Morpheus do walczących i kuśtykając odsunął się od epicentrum płomieni i smrodu. Nie wyglądał najpiękniej, w umorusanych, beżowych ubraniach, z krwią pod nosem i na kołnierzyku, osmolonym policzkiem od obecnych płomieni i tych, które rozgorzały podczas samobójstwa mężczyzny z wizji. Wszystko dookoła było tak piękne, magiczne, pulsujące nieznanymi rytuałami i wrogimi wpływami. Znaleźli fiolet. Teraz potrzebowali dowiedzieć się na temat czerni. Morpheus rzucił jeszcze ostatnie zaklęcie, na oderwanie głowy od ciała dogorywającego truposza. Lepiej dmuchać na zimne.
Sukces!
Sukces!
— Dla mnie to dopiero początek, wiem że to mugolka złożona w ofierze, tworząca pole ochronne dookoła Windemere. Fioletowy. Opiszesz mi później co się wydarzyło, razem z panną Weasley, gdy wciągnęło was pod ziemię — powiedział do Millie i Penny Morpheus, kuśtykając w ich stronę. Spojrzał na Isaaca i drugiego mężczyznę. — Domyślam się, że pan Bagshot. Niewymowny z Departamentu Tajemnic. Chcę zapytać o pana badania dotyczące tego miejsca. Nie musi być teraz oczywiście.
Bogowie byli szaleni, ale w tym wypadku Bagshot mógł ujrzeć absolutną naukową ciekawość ze strony Morpheusa, zamiast urzędniczego zblazowania. Longbottom absolutnie pragnął, łaknął wiedzy, do jakiej dokopał się Owen i przetestowania tych wyników, może na mniejszą skalę, w praktyce. Mógł być teoretykiem, ale powoli poddawał się pewnej wypartej części przeznaczenia. Zawsze był synem swojej matki. Nadeszła pora, aby stał się synem ojca.