01.07.2024, 18:58 ✶
Była praktycznie piąta rano, czarownica miała za sobą nieprzespaną noc i kilka paskudnych miesięcy. A teraz, zamiast wypoczywać z dobrą książką czy krzyżówką - tkwiła w bibliotece, rozwiązując problemy prawne pasierbicy, którą nikt nie potrafił potrząsnąć i powiedzieć, że popełnia cholerny błąd?
Jak trudne było kontrolowanie nastoletniej dziewczyny?
Potencjalnie niemożliwe.- Odpowiedziała sobie natychmiast.
Nieważne, że sama zaproponowała pomoc.
W jakiejś naiwnej, może nieco rozpaczliwej próbie upewnienia się, że Sophie nie wpadnie w jeszcze większe problemy z Ministerstwem. Prawda była taka, że Lorien miała święte prawo być poddenerwowana i zmęczona wyskokiem panny Mulciber. Nawet jeśli ta nie była jej rodzonym dzieckiem, Lorien wżeniła się w tą rodzinę. Zbyt wielu, zbyt szybko zapomniało, że urodziła się Crouch'em. Wystarczyło, że umrze Mulciberem, by przypisać jej wszelkie potknięcia młodej, Robertowej latorośli.
Mogła też udawać, że cieszy ją obecność szwagra i jego synów w kamienicy, ale oboje dobrze wiedzieli, że wcale tak nie jest - święty spokój nie był czymś co tak chętnie dawała sobie wyszarpnąć.
Więc chyba naprawdę mogli sobie odpuścić to czy niektóre komentarze były czy nie były na miejscu.
Mimo to wzięła głęboki oddech; opanowała ciążące emocje. Musiała brzmieć irracjonalnie oskarżając go o coś czego uniknąć się nie dało. Złoszcząc się, na sprawę, którą pewnie poprowadziłaby identycznie.
Miał rację. Szlag, jak ona nienawidziła, kiedy Richard miał rację.
Podciągnęła jedną nogę do góry, przyciągając kolano do piersi i nieświadomie odkrywając wyblakłe blizny i wyraźnie świeży siniak nad kostką. Niewidzialne uroki klątwy krwi - zdawało się, że każde ukłucie czy uderzenie o cokolwiek pozostawiało ślady. Tym razem najwyraźniej nieco się jednak obiła przy tym jakże dramatycznym upadku z taboretu. W zamyśleniu wsparła podbródek o kolano. Pozwoliła myślom błądzić chwilę, Merlin sam wie gdzie.
- Sophie jest… - Zaczęła, starając się dobrać odpowiednie słowa.- Jest… Jeszcze jak mała, nieopierzona ptaszyna. Naiwna, nieroztropna, ale nie jest głupia.- Przygryzła nerwowo dolną wargę.- Nie poradziłaby sobie sama, gdyby komukolwiek się coś stało.- Znów to ciche, zmęczone westchnięcie.- Nie wiem, może rzeczywiście Robert ma rację i ten cały “biznes” - uniosła dłoń i poruszyła palcami w charakterystycznym geście cudzysłowu.- to nie jest taki zły pomysł. Po prostu… Jest taką uroczą, młodą dziewczyną. Nie pasuje do takiego świata.
Jakiego świata Lorien? Twojego?
Potrząsnęła lekko głową, opędzając się od uporczywych myśli. To nie był dobry czas na zadręczanie się wspomnieniami. A już na pewno - to nie było odpowiednie towarzystwo.
Jak trudne było kontrolowanie nastoletniej dziewczyny?
Potencjalnie niemożliwe.- Odpowiedziała sobie natychmiast.
Nieważne, że sama zaproponowała pomoc.
W jakiejś naiwnej, może nieco rozpaczliwej próbie upewnienia się, że Sophie nie wpadnie w jeszcze większe problemy z Ministerstwem. Prawda była taka, że Lorien miała święte prawo być poddenerwowana i zmęczona wyskokiem panny Mulciber. Nawet jeśli ta nie była jej rodzonym dzieckiem, Lorien wżeniła się w tą rodzinę. Zbyt wielu, zbyt szybko zapomniało, że urodziła się Crouch'em. Wystarczyło, że umrze Mulciberem, by przypisać jej wszelkie potknięcia młodej, Robertowej latorośli.
Mogła też udawać, że cieszy ją obecność szwagra i jego synów w kamienicy, ale oboje dobrze wiedzieli, że wcale tak nie jest - święty spokój nie był czymś co tak chętnie dawała sobie wyszarpnąć.
Więc chyba naprawdę mogli sobie odpuścić to czy niektóre komentarze były czy nie były na miejscu.
Mimo to wzięła głęboki oddech; opanowała ciążące emocje. Musiała brzmieć irracjonalnie oskarżając go o coś czego uniknąć się nie dało. Złoszcząc się, na sprawę, którą pewnie poprowadziłaby identycznie.
Miał rację. Szlag, jak ona nienawidziła, kiedy Richard miał rację.
Podciągnęła jedną nogę do góry, przyciągając kolano do piersi i nieświadomie odkrywając wyblakłe blizny i wyraźnie świeży siniak nad kostką. Niewidzialne uroki klątwy krwi - zdawało się, że każde ukłucie czy uderzenie o cokolwiek pozostawiało ślady. Tym razem najwyraźniej nieco się jednak obiła przy tym jakże dramatycznym upadku z taboretu. W zamyśleniu wsparła podbródek o kolano. Pozwoliła myślom błądzić chwilę, Merlin sam wie gdzie.
- Sophie jest… - Zaczęła, starając się dobrać odpowiednie słowa.- Jest… Jeszcze jak mała, nieopierzona ptaszyna. Naiwna, nieroztropna, ale nie jest głupia.- Przygryzła nerwowo dolną wargę.- Nie poradziłaby sobie sama, gdyby komukolwiek się coś stało.- Znów to ciche, zmęczone westchnięcie.- Nie wiem, może rzeczywiście Robert ma rację i ten cały “biznes” - uniosła dłoń i poruszyła palcami w charakterystycznym geście cudzysłowu.- to nie jest taki zły pomysł. Po prostu… Jest taką uroczą, młodą dziewczyną. Nie pasuje do takiego świata.
Jakiego świata Lorien? Twojego?
Potrząsnęła lekko głową, opędzając się od uporczywych myśli. To nie był dobry czas na zadręczanie się wspomnieniami. A już na pewno - to nie było odpowiednie towarzystwo.