Aryaman i Anthony tworzyli piękna laurkę brytyjskiego kolonializmu, a pod powierzchnią zaklęcia grali w nieco perswazyjną zabawę bogaczy, którzy tańczą, gdy świat płonie. Godryk nie lubił Anthony'ego, pewnie dlatego, że wyciągał z jego syna najgorsze cechy i potęgował je do bólu. To była gra pozorów, z obu stron, bo wzajemnie uzupełniali się o najlepsze cechy oraz te najgorsze. Nie było definitywnego określenia, które z nich psuje które.
— Udanego wieczoru, niechaj Siwa pobłogosławi naszej grze— pożegnał się z gospodynią i podążył za swoim Wergiliuszem, do Limbo, czekając na przejście do kolejnych kręgów piekielnej rozyrwki. Wątpił, aby dotarli do pożądania. Raczej odwiedzą chciwość, może zazdrość. Przez chwilę zawiesił spojrzenie na pianistce. Śliczna. Łatwo było wyobrazić sobie, jak fałszują klawisze, gdy zostaje posadzona na biało-czarnej klawiaturze w celach z goła innych niż granie. Wiązało się to co prawda z wydobywaniem dźwięków, ale nieco inaczej, mniej dystyngowanie, bardziej prymitywnie.
— Och, Radżo, usługuj mi. Poproszę złotą tacę na twoje żetony — zaśmiał się z rozkazu przyjaciela, ale usłużnie przejął jego żetony.
Wymienił w odpowiednim miejscu walutę, sponsorowaną przez Anthony'ego, dzisiaj był szczęśliwym talizmanem, a to przychodzi z pewnym kosztem. W tym wypadku dosłownie.
— Nie przeginaj, Shafiq — ostrzegł go zaczepnie, cicho, niemrugające złote spojrzenie najpierw wbijało się w twarz Shafiqa, a później przeniosło się ku gospodyni i ponad nią. Zerkał na wejście. Odruchowo chciał przywołać do siebie Erika i Geraldine, ale w porę przypomniał sobie, że nie zna tej dwójki. Udał więc, że poprawia mankiet wykrochmalonej koszuli, unosząc w górę brwi.
Niekoniecznie wypatrywał bratanka i dawnej kochanki, właściwie nie wiedział, że tutaj będą. Szukał kogoś innego, mniej przyjaznego, mniej urodziwego, błyszczącego jak najjaśniejsza gwiazda jego życia. Nie wiedział w sumie, czemu pomyślał, że może tutaj dzisiaj go ujrzeć. Tak samo jednak było z weselem Blacków. Nie spodziewał się i został wzięty z zaskoczenia. Trochę jakby wypatrywał wroga. Trochę jakby wypatrywał Itaki.
Zamiast niej, dostrzegł jeszcze Mulcibera z żoną, którzy w sumie stali tak blisko przy nich, ale jakoś wcześniej nie zwrócił uwagi, pochłonięty gospodynią i badaniem otoczenia.
— Ciekawe miejsce dla sędziny Wizegamotu — szepnął do Anthony'ego na ucho, musząc przy tym umieścić się mu na ramieniu, co uczynił z wdziękiem kogoś, komu nie jest obca fizyczna bliskość. Nie ma tyle, aby wzbudzić kontrowersje, za bardzo szanował wybory życiowe Shafiq'a, ale dostatecznie, aby sugerować tym, którzy wiedzieli. Uśmiechał się przy tym, tak jak zwykle, ale jego nowa twarz przy tym wyglądała aż nazbyt wężowo, ślisko.
@Robert Mulciber