02.07.2024, 01:05 ✶
To, że nagle spotkała pływającego przy molo Martina Croucha nijak nie wydało się Daisy dziwne. To znaczy, jeśli by być naprawdę drobiazgowym, to kilka szarych komórek zauważyło, że ten przypadek, bardzo miły naturalnie i w ogóle bardzo chciany (nawet jeśli nie do końca świadomie), był turbo dziwny i raczej mało prawdopodobny. Tylko ich pisk ucichł, gdy spojrzała w oczy Martina a on tak zachęcająco wyciągnął rękę w jej stronę i…
Właściwie to w tym momencie poczuła się nim naprawdę oczarowana. W brzuchu latały jej motylki i takie tam. Resztki zdrowego rozsądku wyparowały. Tak samo jak myśli o tym, że przecież brat miał jej zrobić ładne zdjęcia a potem ona miała mu zrobić ładne zdjęcia. I, że Darcy był smutny a ona chciała go pocieszyć.
Liczył się tylko Martin.
Nawet w chwili, w której wskoczyła do wody i zgodnie ze wszystkimi prawami rządzącymi tym światem, zamiast utrzymać się powierzchni (co na pewno miałoby miejsce, gdyby jednak potrafiła pływać), od razu dała nura.
Już pod wodą usłyszała podejrzany dźwięk. Dochodził gdzieś znad powierzchni? Jakby ktoś wołał jej imię. Ale to było nieistotne. Wszystko było nieistotne, gdy Martin tak na nią patrzył. Bo naturalnie, jak przystało na prawdziwego Księcia z Bajki, od razu ruszył jej na ratunek. Gdyby nie to, że przy próbie uśmiechu musiałaby się nałykać zimnej, słonej wody, pewnie wyszczerzyłaby się do niego szczęśliwa.
Jej wybawiciel.
Nawet to, że ją objął i od razu pocałował, było takie romantyczne! Co prawda sam pocałunek nie był jakimś szczytem marzeń, okazał się słony, mokry i zimny, ale no trudno było wymagać czegoś więcej, kiedy miał miejsce w morzu.
Tylko dlaczego, zamiast pociągnąć do góry, on… ciągnął ją w dół?
Ten drobny fakt z początku w ogóle nie zastanawiał Daisy. Nie do momentu, gdy zrozumiała, że zaczyna brakować jej powietrza. Szarpnęła, starając się wyswobodzić z uścisku. Zamrugała, podnosząc głowę do góry i dostrzegając, że od powierzchni musiało już ją trochę dzielić. Zamachała rozpaczliwie rękoma i nogami, znowu kopiąc Martina a wreszcie i uderzając w niego pięściami.
To już nie było zabawne. Czy on naprawdę próbował ją utopić?
Romantyczny nastrój prysł jakby nigdy nie istniał. Nie da mu się utopić! Nie był żadnym Księciem z Bajki! Zachowywał się dziwnie, nieracjonalnie, głupio! I chyba naprawdę chciał ją utopić!
W przypływie dzikiej furii, Daisy zrobiła jedyne co przyszło jej do głowy. Sięgnęła palcami do twarzy Martina i wsadziła mu palec w oko. A przynajmniej taki był jej zamiar. Manewr się powiódł. Była wolna.
I nagle… nagle widziała już żadnego Martina Croucha. Widziała potwora morskiego, selkie, syrenę, nieważne, bo nic ją to w tym momencie nie obchodziło. Wyszczerzyła do niego zęby, ale ten się oddalał, bo może naprawdę udało jej się go zranić.
A ona dramatycznie próbowała dostać się do powierzchni. Dlaczego, dlaczego do licha nigdy nie nauczyła się pływać? Teraz pozostało jej dramatyczne machanie rękoma i nogami, w próbach dostania się do góry.
Właściwie to w tym momencie poczuła się nim naprawdę oczarowana. W brzuchu latały jej motylki i takie tam. Resztki zdrowego rozsądku wyparowały. Tak samo jak myśli o tym, że przecież brat miał jej zrobić ładne zdjęcia a potem ona miała mu zrobić ładne zdjęcia. I, że Darcy był smutny a ona chciała go pocieszyć.
Liczył się tylko Martin.
Nawet w chwili, w której wskoczyła do wody i zgodnie ze wszystkimi prawami rządzącymi tym światem, zamiast utrzymać się powierzchni (co na pewno miałoby miejsce, gdyby jednak potrafiła pływać), od razu dała nura.
Już pod wodą usłyszała podejrzany dźwięk. Dochodził gdzieś znad powierzchni? Jakby ktoś wołał jej imię. Ale to było nieistotne. Wszystko było nieistotne, gdy Martin tak na nią patrzył. Bo naturalnie, jak przystało na prawdziwego Księcia z Bajki, od razu ruszył jej na ratunek. Gdyby nie to, że przy próbie uśmiechu musiałaby się nałykać zimnej, słonej wody, pewnie wyszczerzyłaby się do niego szczęśliwa.
Jej wybawiciel.
Nawet to, że ją objął i od razu pocałował, było takie romantyczne! Co prawda sam pocałunek nie był jakimś szczytem marzeń, okazał się słony, mokry i zimny, ale no trudno było wymagać czegoś więcej, kiedy miał miejsce w morzu.
Tylko dlaczego, zamiast pociągnąć do góry, on… ciągnął ją w dół?
Ten drobny fakt z początku w ogóle nie zastanawiał Daisy. Nie do momentu, gdy zrozumiała, że zaczyna brakować jej powietrza. Szarpnęła, starając się wyswobodzić z uścisku. Zamrugała, podnosząc głowę do góry i dostrzegając, że od powierzchni musiało już ją trochę dzielić. Zamachała rozpaczliwie rękoma i nogami, znowu kopiąc Martina a wreszcie i uderzając w niego pięściami.
To już nie było zabawne. Czy on naprawdę próbował ją utopić?
Romantyczny nastrój prysł jakby nigdy nie istniał. Nie da mu się utopić! Nie był żadnym Księciem z Bajki! Zachowywał się dziwnie, nieracjonalnie, głupio! I chyba naprawdę chciał ją utopić!
W przypływie dzikiej furii, Daisy zrobiła jedyne co przyszło jej do głowy. Sięgnęła palcami do twarzy Martina i wsadziła mu palec w oko. A przynajmniej taki był jej zamiar. Manewr się powiódł. Była wolna.
I nagle… nagle widziała już żadnego Martina Croucha. Widziała potwora morskiego, selkie, syrenę, nieważne, bo nic ją to w tym momencie nie obchodziło. Wyszczerzyła do niego zęby, ale ten się oddalał, bo może naprawdę udało jej się go zranić.
A ona dramatycznie próbowała dostać się do powierzchni. Dlaczego, dlaczego do licha nigdy nie nauczyła się pływać? Teraz pozostało jej dramatyczne machanie rękoma i nogami, w próbach dostania się do góry.