02.07.2024, 03:20 ✶
Wychodzę z łazienki i idę po kawałek tortu.
Lyssa westchnęła, absolutnie wręcz oburzona, że mężczyzna tak zwyczajnie zgodził się na to, co właśnie próbowała mu wmówić. Tak się nie bawiła - chciała się kłócić, chciała się szarpać. Rookwood miał rację, lubiła to. Drażnienie ludzi i doprowadzanie ich do nerwicy zwyczajnie ją bawiło. Widok czyjejś złości zwyczajnie sprawiał jej satysfakcję, stanowiąc idealny zastrzyk dopaminy dla mózgu.
Dzięki Milfordowi, to było jak oglądanie pustego, mało ambitnego filmu, który puszczało się w ramach jakiegoś guilty pleasure. No i zwracało się uwagę na tylko te szczególne momenty, które z jakiegoś powodu sprawiały satysfakcję. Na te ostro zaakcentowane słowa, próbę wyrównania szans głośnością głosu, ale też na bezradność. Doskonale pamiętała wyraz twarzy Vakela po tym, jak wróciła w Beltane do domu, kiedy wreszcie schował twarz w dłoniach, wyraźnie nie mając już sił dalej się z nią kłócić. I nawet ten widok osoby, o której aprobatę tak chciała zabiegać, sprawiał jej taką uciechę.
- Nawet jeszcze nie zaczęłam - zmarszczyła brwi i było w jej spojrzeniu coś wyzywającego. Mogła być gorsza, oczywiście, ale byli przecież na ślubie i nie do końca o tym zapomniała. Przecież nie mogła. Mimowolnie też, kiedy wreszcie przemył twarz i skierował do drzwi, cofnęła się do nich, zasłaniając mu wyjście.
- Jeśli to co mówisz jest prawdą, to i tak żadne z nas nie będzie w stanie zapomnieć - sięgnęła za plecami do klamki, samej ją naciskając i otwierając drzwi, najlepiej na całą ich szerokość. Odsunęła się z przejścia, pierwsze co to rozglądając dookoła, czy faktycznie ktoś nie czaił się w pobliżu, z zaciekawieniem obserwując czy wyjdą z tej łazienki szybciej jak później.
- Widzisz? Nikogo to chyba nie obchodzi tak bardzo jak ciebie - prychnęła, machając dłonią i pokazując mu, że publika ich przedstawienia najwyraźniej wynosiła całe zero. Kiedy jednak Ulysses minął ją i ruszył w stronę sali, nie została z tyłu, dotrzymując mu kroku. Krojono tort, a do tego chyba wypadało zainteresować się, gdzie też zniknął Peregrinus. Ale to zaraz. - Nie przeprosiłeś mnie jeszcze - rzuciła zaczepnie kiedy brała swój kawałek tortu, wciąż nabuzowana, ale mimo wszystko spokojniej niż jeszcze parę chwil temu w łazience. Mimowolnie też sięgnęła do włosów, przygładzając je jakby bojąc się, że od tego całego awanturowania się jej prezencja znacząco się zaburzyła. A przecież zawsze musiała wyglądać perfekcyjnie.
Rzut 1d6 - 4
la douleur exquise
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.