02.07.2024, 13:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.08.2024, 12:34 przez Brenna Longbottom.)
Stoisko Potterów, odpowiadam Peppie
- Jak ty wyglądasz, Brenno? - przywitała ją matka tymi słowami i spojrzeniem pełnym dezaprobaty. - Zastąpisz mnie, kiedy pójdę na loterię.
- Tak, mamo.
- Ale nie wiem, jak z taką fryzurą chcesz sprzedawać specyfiki do włosów.
- Sprzedajemy głównie perfumy, mamo.
- Schyl się - mruknęła Elise, jakby nie dosłyszała córki. Brenna przywykła, że robi dokładnie to, czego chce i dostaje to, czego chce, ale z matką... z matką czasem nie umiała walczyć. Pochyliła się więc z westchnieniem, pozwoliła spryskać włosy, które na szczęście odzyskały chwilę temu barwę naturalną, jakimś iście czarodziejskim specyfikiem, i ułożyć je tak, że wyjątkowo nie były rozczochrane. A potem jeszcze Elise na dodatek spryskała ją "Wiosenną burzą" ("zapach bzowego ogrodu tuż po burzy" - jak głosiły hasła reklamowe, a na opakowaniu dało się znaleźć informacje o nutach bzu, drewna migdałowca i kwiatu wiśni) i wetknęła jej w ręce skrzyneczkę. - No, zajmij się klientami. Wracam niedługo.
Elise zdążyła zniknąć w tłumie, nim Peppa podeszła, a gdy druga dziewczyna znalazła się w pobliżu, Brenna właśnie porządkowała próbki.
- To właściwie stoisko mojej matki, ot wystawia tutaj nie tylko własne produkty, a też inne Potterów. Możesz mówić, że nie masz z tym nic wspólnego - odparła po prostu, na jej oburzone okrzyki, nie podnosząc głowy znad skrzyneczki z perfumami, bo nie mogła się ich doliczyć. Zmarszczyła brwi, mając dziwne wrażenie, że przemknął się tutaj jakiś złodziejaszek. Cóż, wliczone w koszty...
Elise Longbottom - Potter od zawsze podobnie jak jej własny ojciec i matka zajmowała się perfumami, i większość wystawianych produktów była jakoś z nią powiązana. A sama Brenna? Tutaj chwilowo tylko zastępowała matkę, nigdy nie miała głowy do tworzenia perfum czy jakiegokolwiek rzemiosła i wyraźnie nie była zbyt przejęta obsługiwaniem klientów na Lammas – zwłaszcza, że przecież taka Ulizanna już dawno weszła do produkcji masowej…
- Jeśli miałabym zgadywać, to po pierwsze chodzi o darmową reklamę, bo zdjęcia stoisk będą w prasie, po drugie, o rozszerzenie grupy klientów, po trzecie rozreklamowanie nowego kremu, po czwarte, budowanie wizerunku marki, która ma mocne związki z lokalną społecznością, tradycjami czarodziejów, po piąte, jeśli czarodzieje średnio zamożni kupią tutaj nasze produkty i się do nich przyzwyczają, potem będą skłonni wydać więcej, by kupować je dalej… i tak, sklep Potterów jest w tej chwili zablokowany, i chyba nawet utknął tam biedny wujek George, bo nie potrafi się teleportować. Nie wiem, dlaczego tak bardzo nie cierpi używać kominków, mógłby użyć sieci Fiuu. Chcesz próbkę? – spytała, po tym całym marketingowym bełkocie (a w wyrzucaniu siebie bełkotu Brenna zawsze była świetna), wskazując na koszyk z próbkami kremów, a potem podniosła wreszcie wzrok znad produktów i obdarzyła Potterównę uśmiechem. – Moja droga, ty tutaj trafiłaś, a chyba jesteś przedstawicielką naszej grupy docelowej. Czy to nie oznacza, że właśnie nasi klienci bywają w takich miejscach?
- Jak ty wyglądasz, Brenno? - przywitała ją matka tymi słowami i spojrzeniem pełnym dezaprobaty. - Zastąpisz mnie, kiedy pójdę na loterię.
- Tak, mamo.
- Ale nie wiem, jak z taką fryzurą chcesz sprzedawać specyfiki do włosów.
- Sprzedajemy głównie perfumy, mamo.
- Schyl się - mruknęła Elise, jakby nie dosłyszała córki. Brenna przywykła, że robi dokładnie to, czego chce i dostaje to, czego chce, ale z matką... z matką czasem nie umiała walczyć. Pochyliła się więc z westchnieniem, pozwoliła spryskać włosy, które na szczęście odzyskały chwilę temu barwę naturalną, jakimś iście czarodziejskim specyfikiem, i ułożyć je tak, że wyjątkowo nie były rozczochrane. A potem jeszcze Elise na dodatek spryskała ją "Wiosenną burzą" ("zapach bzowego ogrodu tuż po burzy" - jak głosiły hasła reklamowe, a na opakowaniu dało się znaleźć informacje o nutach bzu, drewna migdałowca i kwiatu wiśni) i wetknęła jej w ręce skrzyneczkę. - No, zajmij się klientami. Wracam niedługo.
Elise zdążyła zniknąć w tłumie, nim Peppa podeszła, a gdy druga dziewczyna znalazła się w pobliżu, Brenna właśnie porządkowała próbki.
- To właściwie stoisko mojej matki, ot wystawia tutaj nie tylko własne produkty, a też inne Potterów. Możesz mówić, że nie masz z tym nic wspólnego - odparła po prostu, na jej oburzone okrzyki, nie podnosząc głowy znad skrzyneczki z perfumami, bo nie mogła się ich doliczyć. Zmarszczyła brwi, mając dziwne wrażenie, że przemknął się tutaj jakiś złodziejaszek. Cóż, wliczone w koszty...
Elise Longbottom - Potter od zawsze podobnie jak jej własny ojciec i matka zajmowała się perfumami, i większość wystawianych produktów była jakoś z nią powiązana. A sama Brenna? Tutaj chwilowo tylko zastępowała matkę, nigdy nie miała głowy do tworzenia perfum czy jakiegokolwiek rzemiosła i wyraźnie nie była zbyt przejęta obsługiwaniem klientów na Lammas – zwłaszcza, że przecież taka Ulizanna już dawno weszła do produkcji masowej…
- Jeśli miałabym zgadywać, to po pierwsze chodzi o darmową reklamę, bo zdjęcia stoisk będą w prasie, po drugie, o rozszerzenie grupy klientów, po trzecie rozreklamowanie nowego kremu, po czwarte, budowanie wizerunku marki, która ma mocne związki z lokalną społecznością, tradycjami czarodziejów, po piąte, jeśli czarodzieje średnio zamożni kupią tutaj nasze produkty i się do nich przyzwyczają, potem będą skłonni wydać więcej, by kupować je dalej… i tak, sklep Potterów jest w tej chwili zablokowany, i chyba nawet utknął tam biedny wujek George, bo nie potrafi się teleportować. Nie wiem, dlaczego tak bardzo nie cierpi używać kominków, mógłby użyć sieci Fiuu. Chcesz próbkę? – spytała, po tym całym marketingowym bełkocie (a w wyrzucaniu siebie bełkotu Brenna zawsze była świetna), wskazując na koszyk z próbkami kremów, a potem podniosła wreszcie wzrok znad produktów i obdarzyła Potterównę uśmiechem. – Moja droga, ty tutaj trafiłaś, a chyba jesteś przedstawicielką naszej grupy docelowej. Czy to nie oznacza, że właśnie nasi klienci bywają w takich miejscach?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.