02.07.2024, 17:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2024, 13:51 przez Lorien Mulciber.)
przy stoliku z żetonami -> potem dołączy kawałek dalej do Richarda.
Byłaby okrutnie zawiedziona, gdyby Shafiq jej nie zauważył.
Odkąd wróciła do Ministerstwa po swoim... małym urlopie, niemal cały czas się rozmijali, pochłonięci obowiązkami. Zapytana, Lorien natychmiast odpowiedziałaby, że ich wieczorne dyskusje były czymś czego niecierpliwie wyglądała i nie mogła się doczekać aż nadarzy się okazja do kolejnej. Szkoda tylko, że ich kalendarze zdawały się pękać w szwach.
- Odpuścić przyjęcie u naszej drogiej Agnes? Nie ośmieliłabym się popełnić takiego faux-pas.- Przewróciła minimalnie oczami na komplement. Ale już przy następnych słowach o owej “legislacyjnej indolencji” przyjaciela nie zdołała powstrzymać cichego, przypominającego ptasi świergot śmiechu.
- Anthony powiedziałabym, że jesteś zbyt skromny, ale wszyscy wiedzielibyśmy, że to kłamstwo.- Odparła układając dłoń na ramieniu Shafiq’a. Zwróciła się następnie do towarzysza przyjaciela. Zagraniczy gość, tak? Potentat włókienniczy? Interesujące. - Nie raz powtarzałam naszemu drogiemu Anthony’emu, że ze swoją wiedzą, gdyby tylko zechciał, zrobiłby zawrotną karierę w Wizengamocie. Ale to zbrodnia więzić niektórych w domu, kiedy cały świat ich wzywa. Miło poznać panie Birla.
Podała nowopoznanemu Aryaman’owi dłoń do ucałowania mimo wszystko unosząc ją nieznacznie. Łamanie się w pół, żeby dosięgnąć do jej poziomu byłoby po prostu wysoce uciążliwe i niepotrzebne.
Przywitała się jeszcze z Basiliusem, zdając się być naprawdę… wdzięczna z jego obecności. Nie przewidywała, żeby cokolwiek miało pójść dzisiaj nie tak, a ona sama potrzebowała jego pomocy, ale z tym z czym przyszło się czarownicy borykać- nigdy nie było stuprocentowej pewności. Poza tym, miała niejasne wrażenie, że gdyby już doszło do przemiany to medyk byłby tym, u którego szukałaby schronienia. Instynkt samozachowawczy to potężna sprawa.
- Dobrze cię widzieć kuzynie. Cieszę się, że znalazłeś czas do nas dołączyć.
Tak po prawdzie to był świat, który Lorien znała najlepiej. Rozgrywki polityczne były zaledwie w połowie tak przyjemne jak plątanie się w sieci brytyjskiej socjety. Spamiętywanie par, obserwowanie zachowań. Reagowanie na pojawienie się osób, których się człowiek wcale nie spodziewa. Jak na przykład Isaac Baghsot, który tkwił niczym cień przy boku jej krewnego. I którego dostrzegła zdecydowanie zbyt późno. Cudem zapanowała nad swoją miną, tłumiąc grymas niedowierzania i niezadowolenia.
- Lorien.- Powtórzyła za nim powoli jakby na potwierdzenie, że się nie przesłyszał, pozbywając się przy okazji tej całej “panienki”.- Lorien Mulciber.- dodała za to, akcentując to co odpowiednie i wyciągając w stronę chłopaka dłoń. To czy ją uścisnął czy ucałował miało mniejsze znaczenie. Chodziło głównie o to, by zobaczył złotą obrączkę na jej serdecznym palcu.- Muszę przyznać panie Bagshot, że byłam pod ogromnym wrażeniem pańskich ostatnich - wypocin dziennikarskich - artykułów. Jestem wdzięczna za promocję tak ważnego przedsięwzięcia jakim jest - produkcja tych okropnych, obscenicznych świeczek - fundacja bliskiego mojemu sercu Alexandra Mulcibera.
Oczywiście, że zauważyła to spojrzenie, ale nie zareagowała niczym więcej jak uprzejmym uśmiechem. Dobry zwyczaj - nie flirtuj z dziennikarzami.
Zdążyła w tym krótkim czasie odzyskać rezon. Zwróciła się też przy okazji do pozostałych.
- Nie wiem czy mieliście okazję czytać publikację pana Bagshota o wpływie mugolskich przemian politycznych na naszą rzeczywistość na początku lat dwudziestych. Jest wręcz zaskakuj… - Zamilkła w półsłowa, w tym samym momencie słysząc głos “męża”.
Odwróciła głowę, gdy padło jej imię. Ruch był niemal automatyczny, naturalny; została zwabiona jak ćma do światła tym “kochanie”. Nawet jeśli była to tylko gra pozorów, to odszukała szybko spojrzeniem Richarda stojącego z Sophie, całkiem nieopodal. Na tyle jednak daleko, żeby nie czuła się w naturalnym obowiązku przedstawienia go swoim przyjaciołom i reszcie gawiedzi.
- Wybaczcie. Obowiązki wzywają.- Zdawało się, że pani Mulciber ten łagodny, rozmarzony uśmiech nie schodził z twarzy. Ach ci mężowie, kiedyś to umrą pozostawieni sami sobie na dłużej niż pięć sekund.- Wierzę, że się spotkamy jeszcze dzisiejszego wieczoru. Koniecznie muszę dowiedzieć się więcej o tej współpracy. Cokolwiek co tchnie życie w kroje i tkaniny naszych drogich Rosierów jest mile widziane.- Przyłożyła palec do ust jakby to miał być ich mały sekret. Mały, niegroźny sekrecik.
Skinęła delikatnie głową, żegnając się przynajmniej na razie. W jedną rękę wzięła tacę mówiąc do Marcusa słodkie “dziękuję”, a w drugą ujęła trochę materiału sukienki. Kopertówkę wcisnęła pod ramię. Ostatnią rzeczą jakiej potrzebowała to potknąć się na oczach wszystkich i rozsypać cenne żetony.
- Sophie, tersora mia. Wszystko dobrze? Potrzeba ci czegoś?- Przechyliła lekko głowę, zerkając to na rudowłosą to na Richarda. Podeszła tych kilka kroków do dziewczyny, puściła wreszcie sukienkę i ułożyła ostrożnie dłoń na jej bladym policzku.- Posłuchaj. Wolę, że jesteś tutaj niż…- Nie dokończyła. Niż w kasynie na Nokturnie? Na kolejnym Wydarzeniu Randkowym? - Po prostu baw się dobrze. Nie za dobrze… Ale gdyby cokolwiek się działo, znajdź nas od razu. Możesz mi to obiecać? - Zapytała już poważnie.
Ostatecznie, niezależnie od tego czy dostała od Sophie wyczekiwaną obietnicę czy nie i tak skupiła całą swoją uwagę na Richardzie.
Dostrzegła, kiedy jego wzrok uciekł w stronę Bagshota. Nazwijcie ją wieszczką i spalcie na stosie, bo doskonale wiedziała co teraz czuje i myśli Rick. Głównie dlatego, że miała podobne obiekcje co do obecności Isaaca. Dlatego pod pretekstem przekazania mu tacy ich wspólnych żetonów przysunęła się bliżej. Nieco zadarła głowę do góry, wspięła się ostrożnie na palce. Jakiż to był piękny obrazek - żony złaknionej atencji i bliskości.
Mimo to głos Lorien brzmiał już o wiele bardziej normalnie niż przed chwilą. Pozbyła się tego słodkiego tonu tak szybko jak mogła.
- Odpuść.- Powiedziała (poprosiła?) cicho. W ogóle zniżyła głos do szeptu pilnując, by jej następne słowa nie dotarły do niepowołanych uszu.- Przyszedł razem z Basilliusem, nie chcę ryzykować rodzinnych niesnasków przez dziennikarzynę.- To było ważne. Ważniejsze niż jakiś jeden czy nawet dwa głupie artykuły. Powędrowała na moment wzrokiem z powrotem w tłum zaproszonych, odnajdując Isaaca. Jeśli na nią spojrzał, posłała mu uroczy uśmiech i nawet uniosła delikatnie dłoń, poruszając lekko palcami w żartobliwym "hello".. A przy okazji zobaczyła też swoją kolejną krewniaczkę. Severine Crouch we własnej osobie.
- Zaraz będzie toast. Chodź, nie wypada nie wypić zdrowia gospodyni.- Powiedziała jeszcze do Mulcibera. Musieli jeszcze całkiem sprawnie przedostać się do stołu z alkoholem.