02.07.2024, 17:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.07.2024, 10:13 przez Brenna Longbottom.)
Brenna nie za bardzo rozumiała, o co chodzi, ale posłusznie podała rękę Isaacowi, a potem obserwowała, jak na jej dłoni pojawia się coraz więcej Łajz. Miała nadzieję, że da się to zmyć, bo jednak chodzenie z takim napisem na ręku w Londynie mogło przyciągnąć uwagę, a ona nadmiaru uwagi absolutnie sobie nie życzyła.
– Nie mam zielonego pojęcia – przyznała, kiedy wyraził zdumienie, że ona jest zawsze łajzą, a on zawsze cymbałem, a kąciki ust drgnęły jej lekko, gdy wreszcie zrozumiała, o co mu chodziło. Cóż, bywała niekiedy trochę oberwana, więc… w tym kontekście może i tak? Niedołęgą chyba niekoniecznie, spora część jej wypadków była po prostu… no dziełem okoliczności. – Łajza to chyba też określenie na włóczęgę, więc może nawet by pasowało, bo trochę się czasem włóczę, ale może po prostu jak już użyjesz na kimś pieczątki raz, to zaklęcie na nich jakoś się powiewa? – zasugerowała, chociaż była to ot teoria, jaka przyszła jej do głowy na widok tych powtarzających się napisów, bo na tego typu pieczątkach Brenna zupełnie się nie znała. Rzemiosło nigdy nie było jej mocną stroną. – Od razu cymbał? Skąd tyle samokrytyki? – zapytała, wychodząc na zewnątrz. Gdzieś z głębi domu dobiegały jeszcze rozmowy, ale ogród zdążył opustoszeń. Koce i naczynia znikły, przetransportowane do wnętrza, wciąż jednak pozostało do usunięcia trochę ozdób.
Brenna wyciągnęła różdżkę, wycelowała i za pomocą zaklęcia rozpraszającego - ćwiczyła ostatnio tę dziedzinę magii dość pilnie - pozbyła się tych elementów dekoracji, które były rezultatami magii. Przy okazji przesunęła wzrokiem po ogrodzie, westchnęła i znowu machnęła różdżką, tym razem za pomocą kształtowania wycinając wielką kępę trawy, której – mogłaby przysiąc – jeszcze wczoraj tutaj nie było.
- Słowo honoru, natura tutaj zupełnie oszalała.
– Nie mam zielonego pojęcia – przyznała, kiedy wyraził zdumienie, że ona jest zawsze łajzą, a on zawsze cymbałem, a kąciki ust drgnęły jej lekko, gdy wreszcie zrozumiała, o co mu chodziło. Cóż, bywała niekiedy trochę oberwana, więc… w tym kontekście może i tak? Niedołęgą chyba niekoniecznie, spora część jej wypadków była po prostu… no dziełem okoliczności. – Łajza to chyba też określenie na włóczęgę, więc może nawet by pasowało, bo trochę się czasem włóczę, ale może po prostu jak już użyjesz na kimś pieczątki raz, to zaklęcie na nich jakoś się powiewa? – zasugerowała, chociaż była to ot teoria, jaka przyszła jej do głowy na widok tych powtarzających się napisów, bo na tego typu pieczątkach Brenna zupełnie się nie znała. Rzemiosło nigdy nie było jej mocną stroną. – Od razu cymbał? Skąd tyle samokrytyki? – zapytała, wychodząc na zewnątrz. Gdzieś z głębi domu dobiegały jeszcze rozmowy, ale ogród zdążył opustoszeń. Koce i naczynia znikły, przetransportowane do wnętrza, wciąż jednak pozostało do usunięcia trochę ozdób.
Brenna wyciągnęła różdżkę, wycelowała i za pomocą zaklęcia rozpraszającego - ćwiczyła ostatnio tę dziedzinę magii dość pilnie - pozbyła się tych elementów dekoracji, które były rezultatami magii. Przy okazji przesunęła wzrokiem po ogrodzie, westchnęła i znowu machnęła różdżką, tym razem za pomocą kształtowania wycinając wielką kępę trawy, której – mogłaby przysiąc – jeszcze wczoraj tutaj nie było.
- Słowo honoru, natura tutaj zupełnie oszalała.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.