02.07.2024, 21:34 ✶
Byłem przepełniony strachem i obawami. Czułem się skreślony z tego świata, niczym intruz, który koegzystował, choć nie powinien. Słowa Laurenta... dodawały mi otuchy i nadziei, ale miałem również obawy przed wierzeniem w nie. Nie chciałem się łudzić, jednocześnie pragnąć z przeogromną chęcią to zrobić. Jakby nie patrzeć, od samego początku prowadziłem dziennik i próbowałem sobie rozkładać własne zachowanie na czynniki pierwsze. Prymitywne i czasochłonne zajęcie, ale przecież nie mogłem narzekać na brak czasu.
Czy byłem po prostu człowiekiem, który powstał z martwych...? To brzmiało zdecydowanie lepiej niż wampir, krwiopijca czy potwór. Nie chciałem być bestią, nie chciałem dawać się instynktowi, a jednak... jednak byłem pewien, że jeśli chociaż chwilę bym się zapomniał i zaczął z nim przekomarzać, przechodząc do pozornie niewinnego flirtu... Myśleć o tej smukłej szyi, bladej i pachnącej obrzydliwie drogimi perfumami... Tak, tego właśnie nie powinienem robić. Nie myśleć o intymnej bliskości z kimkolwiek, odnotowałem sobie w myślach, zaciskając wargi z determinacją.
Starałem się wszystko kontrolować. To, że pewne rzeczy wciąż mi się wymykały... Może zbyt ostro siebie traktowałem? Zbyt surowo? Zdecydowanie to było w stylu moich rodziców. Powinienem dać sobie subtelnego luzu i dalej analizować sytuację. Z jakiegoś powodu odsunąłem się od Laurenta. Wciąż nie byłem pewien, skąd mi się to wzięło. Powinienem powrócić do notatek z tamtego dnia, przewertować, wyciągnąć wnioski. Z pewnością było mi łatwiej, kiedy nie kusiłem siebie zapachem. Mogłem nawet nie myśleć o krwi, dosyć długo nie myśleć o krwi.
Nie byłem pewien, co za emocje widziałem na twarzy Laurenta. Miałem wrażenie, że się przewidziałem z tą drobną fascynacją.
- Gdybym... gdybym kiedykolwiek... Gdybym znowu się na ciebie rzucił... To się nie krępuj mnie ogłuszyć - poprosiłem czy raczej poradziłem...? Zaraz uśmiechnąłem się lekko, taki zdecydowanie zakłopotany był to uśmiech. - Dziwnie mi o tym mówić głośno. Brzmi absurdalnie, jak gdybym wymyślał sobie scenariusze, a nie faktycznie był zagrożeniem - przyznałem, uświadamiając sobie, że to rzucanie się na Laurenta mogło zabrzmieć dwuznacznie. Nie zamierzałem jednakże zagłębiać się w te tematy. Miałem być ogarniętym, analitycznym wampirem, przede wszystkim grzecznym wampirem, wyciągającym wnioski ze swoich występków.
- A ty... nie rozważałeś kariery magipsychologa? Na ten czas, co miałem okazję cię poznać, bardziej mi do ciebie pasuje biurko i długie rozmowy z pacjentami niż rezerwat - przyznałem, zbierając się z ziemi. Wstałem, wyrzucając tę przeklętą łodygę. Czułem się wewnętrznie połamany, ale to nie zniknie w mgnieniu oka. Po prostu musiałem być silny i trzymać się swoich nowych zasad. - Preparaty dla wampirów...? Udało jej się coś uwarzyć? Mam wrażenie, że nic mnie nie rusza - przyznałem, właściwie to mając na myśli alkohol, ale spożywałem różne rzeczy i jedynie krew robiła mi wow. Przebijała się przeze mnie nutka ciekawości, może nadziei...?
Wyciągnąłem dłoń w kierunku Laurenta. Dłoń... na zgodę? Na akceptację? Na zażegnanie wojennej ścieżki...? Cokolwiek to było, ewidentnie otwierało przed nami nowe furtki znajomościowe.
Czy byłem po prostu człowiekiem, który powstał z martwych...? To brzmiało zdecydowanie lepiej niż wampir, krwiopijca czy potwór. Nie chciałem być bestią, nie chciałem dawać się instynktowi, a jednak... jednak byłem pewien, że jeśli chociaż chwilę bym się zapomniał i zaczął z nim przekomarzać, przechodząc do pozornie niewinnego flirtu... Myśleć o tej smukłej szyi, bladej i pachnącej obrzydliwie drogimi perfumami... Tak, tego właśnie nie powinienem robić. Nie myśleć o intymnej bliskości z kimkolwiek, odnotowałem sobie w myślach, zaciskając wargi z determinacją.
Starałem się wszystko kontrolować. To, że pewne rzeczy wciąż mi się wymykały... Może zbyt ostro siebie traktowałem? Zbyt surowo? Zdecydowanie to było w stylu moich rodziców. Powinienem dać sobie subtelnego luzu i dalej analizować sytuację. Z jakiegoś powodu odsunąłem się od Laurenta. Wciąż nie byłem pewien, skąd mi się to wzięło. Powinienem powrócić do notatek z tamtego dnia, przewertować, wyciągnąć wnioski. Z pewnością było mi łatwiej, kiedy nie kusiłem siebie zapachem. Mogłem nawet nie myśleć o krwi, dosyć długo nie myśleć o krwi.
Nie byłem pewien, co za emocje widziałem na twarzy Laurenta. Miałem wrażenie, że się przewidziałem z tą drobną fascynacją.
- Gdybym... gdybym kiedykolwiek... Gdybym znowu się na ciebie rzucił... To się nie krępuj mnie ogłuszyć - poprosiłem czy raczej poradziłem...? Zaraz uśmiechnąłem się lekko, taki zdecydowanie zakłopotany był to uśmiech. - Dziwnie mi o tym mówić głośno. Brzmi absurdalnie, jak gdybym wymyślał sobie scenariusze, a nie faktycznie był zagrożeniem - przyznałem, uświadamiając sobie, że to rzucanie się na Laurenta mogło zabrzmieć dwuznacznie. Nie zamierzałem jednakże zagłębiać się w te tematy. Miałem być ogarniętym, analitycznym wampirem, przede wszystkim grzecznym wampirem, wyciągającym wnioski ze swoich występków.
- A ty... nie rozważałeś kariery magipsychologa? Na ten czas, co miałem okazję cię poznać, bardziej mi do ciebie pasuje biurko i długie rozmowy z pacjentami niż rezerwat - przyznałem, zbierając się z ziemi. Wstałem, wyrzucając tę przeklętą łodygę. Czułem się wewnętrznie połamany, ale to nie zniknie w mgnieniu oka. Po prostu musiałem być silny i trzymać się swoich nowych zasad. - Preparaty dla wampirów...? Udało jej się coś uwarzyć? Mam wrażenie, że nic mnie nie rusza - przyznałem, właściwie to mając na myśli alkohol, ale spożywałem różne rzeczy i jedynie krew robiła mi wow. Przebijała się przeze mnie nutka ciekawości, może nadziei...?
Wyciągnąłem dłoń w kierunku Laurenta. Dłoń... na zgodę? Na akceptację? Na zażegnanie wojennej ścieżki...? Cokolwiek to było, ewidentnie otwierało przed nami nowe furtki znajomościowe.