03.07.2024, 00:15 ✶
Była pewna, że jest to jedno z tych semi-formalnych spotkań, podczas których ceniący sobie dyskrecję klienci prosili o pomoc - niekoniecznie prawną, często związaną z jej umiejętnością tworzenia dokumentów nieodróżnialnych od oryginałów. Ogromną konsternację wzbudzał w niej fakt, że została zaproszona do domu Anthony'ego Shafiqa; nie dlatego, że mężczyzna nie pasował do profilu jej klientów (gorycz doświadczeń wzbudziła w niej przeświadczenie, że im serdeczniejszy uśmiech przyklejony do twarzy, tym więcej mroku skrywa się w środku, zatem odpowiadając na zaproszenie spodziewała się najgorszego), lecz przez to, że wydawał się zbyt prestiżowy dla kogoś takiego jak ona; młodej, ledwo po kursach, z kilkumiesięczną luką w historii zatrudnienia, z której niechętnie się tłumaczyła. Jakie sekrety skrywał Anthony? W jaką sprawę się uwikłał, że potrzebuje pomocy właśnie jej...? Zmierzając do jego mieszkania na tę pozornie towarzyską wizytę obiecywała sobie, że zachowa czujność i wybada uważnie zamiary tego człowieka.
Niestety, Severine miała dwie słabości - kobiety oraz wino. Zwłaszcza z roczników starszych niż ona sama; jej wola osłabła więc przed końcem pierwszej butelki, a nalewając ostatni kieliszek z drugiej jej garda opadła już całkowicie. Umysł stracił na swej ostrości, a w szczególności ta część mózgu, która odpowiedzialna za myślenie o konsekwencjach pogrążyła się w słodkim nimbie oszołomienia. Panna Crouch miała lekką głowę i jeszcze lepszy humor; podobnie jak gospodarz zzuła ze swoich stóp buty, eleganckie czarne mokasyny na niskim obcasie, a jej popielata marynarka, część równie formalnej garsonki, którą miała na sobie, spoczywała niedbale przewieszona przez oparcie kanapy. Opowiadała mu jakąś anegdotkę z czasów swych praktyk w Wiznegamocie, coś o początkujących stażystach, którzy zgubili ważny dokument, przez co rozprawa się nie odbyła. I chyba w swej opowieści zahaczyła nierozważnie o postać ojca (z perspektywy czasu miała w ogóle nie pamiętać, co wtedy powiedziała), bo jej rozmówca poruszył nagle temat rodziców.
Uśmiech na jej twarzy zgasł, a dłoń, w której trzymała kieliszek zadrżała po raz pierwszy tego wieczora. Szkarłat zakołysał się w szkle niebezpiecznie, kiedy Severine gwałtownie się wyprostowała. Ściągnęła łopatki, złączyła kolana, zadarła głowę wysoko, by siedzieć jak dama, jakby bała się, że zaraz otrzyma reprymendę. Przypominała przy tym napiętą do granic możliwości strunę, która lada moment miała pęknąć. Odstawiła kieliszek na stół, wygładziła spódnicę i splotła ręce w koszyczek.
Kruszyno. Coś poruszyło się pod jej skórą, coś jednocześnie ciepłego i bolesnego. Nikt nigdy nie nazywał jej kruszyną; to określenie pasujące do tych wszystkich eterycznych kobiet przypominających kwiaty. Ale Severine nie była kwiatem, była chwastem, brzydkim ostem, który ośmielił się wyrosnąć w wypielęgnowanym ogrodzie Crouchów. Czuła, jak w jej gardle robi się wielka gula utrudniająca jej mówienie. Powiedzieć mu? Och, jakże cudownie byłoby móc komuś powiedzieć i zrzucić z siebie ten ciężar. Ale czy może tak po prostu zwierzyć się ze swojego największego wstydu...?
Pokręciła głową. To było dla niej zbyt trudne.
— Czasem mam wrażenie, że wolałby mieć dwóch synów — wyznała zduszonym głosem.
Niestety, Severine miała dwie słabości - kobiety oraz wino. Zwłaszcza z roczników starszych niż ona sama; jej wola osłabła więc przed końcem pierwszej butelki, a nalewając ostatni kieliszek z drugiej jej garda opadła już całkowicie. Umysł stracił na swej ostrości, a w szczególności ta część mózgu, która odpowiedzialna za myślenie o konsekwencjach pogrążyła się w słodkim nimbie oszołomienia. Panna Crouch miała lekką głowę i jeszcze lepszy humor; podobnie jak gospodarz zzuła ze swoich stóp buty, eleganckie czarne mokasyny na niskim obcasie, a jej popielata marynarka, część równie formalnej garsonki, którą miała na sobie, spoczywała niedbale przewieszona przez oparcie kanapy. Opowiadała mu jakąś anegdotkę z czasów swych praktyk w Wiznegamocie, coś o początkujących stażystach, którzy zgubili ważny dokument, przez co rozprawa się nie odbyła. I chyba w swej opowieści zahaczyła nierozważnie o postać ojca (z perspektywy czasu miała w ogóle nie pamiętać, co wtedy powiedziała), bo jej rozmówca poruszył nagle temat rodziców.
Uśmiech na jej twarzy zgasł, a dłoń, w której trzymała kieliszek zadrżała po raz pierwszy tego wieczora. Szkarłat zakołysał się w szkle niebezpiecznie, kiedy Severine gwałtownie się wyprostowała. Ściągnęła łopatki, złączyła kolana, zadarła głowę wysoko, by siedzieć jak dama, jakby bała się, że zaraz otrzyma reprymendę. Przypominała przy tym napiętą do granic możliwości strunę, która lada moment miała pęknąć. Odstawiła kieliszek na stół, wygładziła spódnicę i splotła ręce w koszyczek.
Kruszyno. Coś poruszyło się pod jej skórą, coś jednocześnie ciepłego i bolesnego. Nikt nigdy nie nazywał jej kruszyną; to określenie pasujące do tych wszystkich eterycznych kobiet przypominających kwiaty. Ale Severine nie była kwiatem, była chwastem, brzydkim ostem, który ośmielił się wyrosnąć w wypielęgnowanym ogrodzie Crouchów. Czuła, jak w jej gardle robi się wielka gula utrudniająca jej mówienie. Powiedzieć mu? Och, jakże cudownie byłoby móc komuś powiedzieć i zrzucić z siebie ten ciężar. Ale czy może tak po prostu zwierzyć się ze swojego największego wstydu...?
Pokręciła głową. To było dla niej zbyt trudne.
— Czasem mam wrażenie, że wolałby mieć dwóch synów — wyznała zduszonym głosem.