03.07.2024, 20:15 ✶
Sytuacja wcale nie była opanowaną. Żadne z nich nie miało kontroli nad żadnym elementem tej przeklętej sceny. Anthony był obity i na dodatek przywiązany do krzesła, Erik uderzył z łoskotem o ciężkie drzwi, a jakby tego było mało, to napastnicy uciekli, nie pozostawiając po sobie właściwie żadnego śladu.
To jest, jeśli nie liczyć jakże subtelnej sugestii, że próbowali zgłosić się do Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów z jakąś kargą, która dotyczyła losów znajomej im kobiety. To jednak nie rozterki dwójki mężczyzn były priorytetem Longbottoma. Gdy zorientował się, że czarodzieje zniknęli, poczuł przede wszystkim wściekłość, że nie udało mu się ich pochwycić.
Nie powinno to im ujść płazem. Nie ważne, jak szlachetne nie byłyby ich motywacje, nie dawało im to prawa do porwania kogoś. I to jeszcze bez potwierdzenia tożsamości swojej ofiary. Nawet cholerni Śmierciożercy o tym pamiętają, pomyślał tępo Erik, podnosząc się z podłogi. Gdzieś zza drzwi, od strony zbiornika wodnego dochodziły do niego jakieś szumy. Woda? A może pracownicy teatru próbujący dostać się na drugą stronę sztucznego jeziorka?
— Tony? — rzucił ostrym głosem, zbliżając się do krzesła.
Z początku niby to pełzał, niby próbował się podźwignąć, ale w końcu udało mu się stanąć na nogi. Momentalnie przykląkł przy Shafiqu, aby zaraz ująć jego twarz w dłonie. Wodził rozgorączkowanym wzrokiem po jego twarzy w poszukiwaniu wszelkich znaków doznanych obrażeń. Spojrzenie zielonych oczu utknęło na pękniętej wardze czarodzieja.
— Tony? Ich już nie ma — poinformował go cieplejszym głosem, ścierając łagodnym ruchem kciuka krew z wargi mężczyzny. — Dobrze się czujesz? Boli cię coś?
Mimowolnie wszedł w tryb pracownika Brygady Uderzeniowej, skupiając się przede wszystkim na tym, aby poznać stan Shafiqa. W myślach już układał plan, aby jak najszybciej przetransportować go do Szpitala św. Munga. Ja pierdole, teraz to dopiero będę miał tam reputację, pomyślał przelotnie. Najpierw wpadł tam z Geraldine, potem z Norą, a teraz jeszcze Tony...
— Nie ruszaj się, bardziej niż musisz — ostrzegł, gładząc jego policzek, po czym zajął się ściąganiem więzów przytrzymujących mężczyznę na meblu. — W razie czego... W razie czego wezwę medyków.
To jest, jeśli nie liczyć jakże subtelnej sugestii, że próbowali zgłosić się do Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów z jakąś kargą, która dotyczyła losów znajomej im kobiety. To jednak nie rozterki dwójki mężczyzn były priorytetem Longbottoma. Gdy zorientował się, że czarodzieje zniknęli, poczuł przede wszystkim wściekłość, że nie udało mu się ich pochwycić.
Nie powinno to im ujść płazem. Nie ważne, jak szlachetne nie byłyby ich motywacje, nie dawało im to prawa do porwania kogoś. I to jeszcze bez potwierdzenia tożsamości swojej ofiary. Nawet cholerni Śmierciożercy o tym pamiętają, pomyślał tępo Erik, podnosząc się z podłogi. Gdzieś zza drzwi, od strony zbiornika wodnego dochodziły do niego jakieś szumy. Woda? A może pracownicy teatru próbujący dostać się na drugą stronę sztucznego jeziorka?
— Tony? — rzucił ostrym głosem, zbliżając się do krzesła.
Z początku niby to pełzał, niby próbował się podźwignąć, ale w końcu udało mu się stanąć na nogi. Momentalnie przykląkł przy Shafiqu, aby zaraz ująć jego twarz w dłonie. Wodził rozgorączkowanym wzrokiem po jego twarzy w poszukiwaniu wszelkich znaków doznanych obrażeń. Spojrzenie zielonych oczu utknęło na pękniętej wardze czarodzieja.
— Tony? Ich już nie ma — poinformował go cieplejszym głosem, ścierając łagodnym ruchem kciuka krew z wargi mężczyzny. — Dobrze się czujesz? Boli cię coś?
Mimowolnie wszedł w tryb pracownika Brygady Uderzeniowej, skupiając się przede wszystkim na tym, aby poznać stan Shafiqa. W myślach już układał plan, aby jak najszybciej przetransportować go do Szpitala św. Munga. Ja pierdole, teraz to dopiero będę miał tam reputację, pomyślał przelotnie. Najpierw wpadł tam z Geraldine, potem z Norą, a teraz jeszcze Tony...
— Nie ruszaj się, bardziej niż musisz — ostrzegł, gładząc jego policzek, po czym zajął się ściąganiem więzów przytrzymujących mężczyznę na meblu. — W razie czego... W razie czego wezwę medyków.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞