03.07.2024, 20:19 ✶
Przygryzł wargi i spojrzał w nienależące do Brenny oczy Brenny, jakoś tak bardziej posępnie, nie odbierając jej słów, jako atak na samego siebie.
– Nie mam pojęcia – powiedział słabo. Jemu to też się cholernie nie podobało. Ta sytuacja nigdy nie była zabawna, a tym bardziej teraz. Czym innym były głupie przypadki w relatywnie spokojniejszych czasach, a czym innym takie sytuacje, gdy trwała wojna. Brenna była Brygadzistka i Longbottomem, już i tak sporo ryzykowała samym swoim zawodem i istnieniem, a Basilius naprawdę nie chciał, by jakiś zły los jeszcze bardziej pchał ją w zagrożenia w tak ryzykownym momencie, jak ten. Bo co jeśli kolejny piątek trzynastego będzie tym jednym razem za dużo, który mógłby się w ogóle nie wydarzyć? On też, niby nie ryzykował za bardzo i niby pech nie atakował go fizycznie, aż tak często jak ją, ale wiedział, że musiał uwżać ze swoim zdrowiem i naprawdę nie potrzebował dodatkowych bójek w kasynie, przez które niemal mdlał, czy też naćpania narkotykami podczas którego niemal podano mu środek, którego nie można było mu podawać. No i tym razem była w tym jeszcze Millie, a Millie również naprawdę nie potrzebowała więcej problemów na głowie i zamian ciałami tylko dlatego, że oni w coś się wpakowali i nawet nie wiedzieli w co.
Z ponurych myśli wytrąciło go, oczywiście a jakże by inaczej, klnięcie samej Millie. Uśmiechnął się.
– Tak Millie też cię kocham – powiedział, czerpiąc niesamowitą satysfakcję z tego co zrobił. – Przy lodówce też stoi słoiczek z magnezem. Weź jedną tabletkę, gdy już zjesz. I nic nie oddawaj. – Tu już zwrócił się do Brenny, widząc, jak sama nakłada sobie zdrowsze jedzenie i tu już nie narzekał na grzebanie mu w lodówce.
Może ta klątwą nie była jednak taka zła.
A co do klątwy.
– Hm, bo ryzykowałbym dużo próbując ściągnąć ją z was teraz, ale minie samoistnie po dniu od jej rzucenia – powiedział, starając się ukryć fakt, że było to dla niego w jakiś sposób naprawdę fascynujące. Znacznie częściej trudne do zdjęcia klątwy, raczej nie schodziły same po tak krótkim czasie. Będzie potem musiał porobić parę notatek. – Więc powinno być wkrótce po wszystkim.
No dobrze. Czyli może rzeczywiście to był tylko przypadek. W końcu czarownice nie ucierpiały za bardzo na tej przemianie. Na pewno przeżyją jeden dzień w cudzych ciałach i będzie po wszystkim.
No chyba, że tarot powie coś absolutnie okropnego. Zerknął na Brennę, do której, zachęcony dalszym głaskaniem, właśnie łasił się Cerber.
– Może... Może to nie jest taki zły pomysł? – Sam nie wierzył, że to mówił, ale lepiej było spróbować coś z tym zrobić, niż niczego z tym nie robić. Zaczynał żałować, że nie znał się na numerologii, może to by dało im jakieś odpowiedzi, a jego wewnętrzny Krukon reagował oburzeniem, gdy wiedza, która nigdy wcześniej nie wydawała mu się przydatna i potrzebna, nagle okazywała się być przydatna i potrzebna, a on nie miał o niej zielonego pojęcia.
– Nie mam pojęcia – powiedział słabo. Jemu to też się cholernie nie podobało. Ta sytuacja nigdy nie była zabawna, a tym bardziej teraz. Czym innym były głupie przypadki w relatywnie spokojniejszych czasach, a czym innym takie sytuacje, gdy trwała wojna. Brenna była Brygadzistka i Longbottomem, już i tak sporo ryzykowała samym swoim zawodem i istnieniem, a Basilius naprawdę nie chciał, by jakiś zły los jeszcze bardziej pchał ją w zagrożenia w tak ryzykownym momencie, jak ten. Bo co jeśli kolejny piątek trzynastego będzie tym jednym razem za dużo, który mógłby się w ogóle nie wydarzyć? On też, niby nie ryzykował za bardzo i niby pech nie atakował go fizycznie, aż tak często jak ją, ale wiedział, że musiał uwżać ze swoim zdrowiem i naprawdę nie potrzebował dodatkowych bójek w kasynie, przez które niemal mdlał, czy też naćpania narkotykami podczas którego niemal podano mu środek, którego nie można było mu podawać. No i tym razem była w tym jeszcze Millie, a Millie również naprawdę nie potrzebowała więcej problemów na głowie i zamian ciałami tylko dlatego, że oni w coś się wpakowali i nawet nie wiedzieli w co.
Z ponurych myśli wytrąciło go, oczywiście a jakże by inaczej, klnięcie samej Millie. Uśmiechnął się.
– Tak Millie też cię kocham – powiedział, czerpiąc niesamowitą satysfakcję z tego co zrobił. – Przy lodówce też stoi słoiczek z magnezem. Weź jedną tabletkę, gdy już zjesz. I nic nie oddawaj. – Tu już zwrócił się do Brenny, widząc, jak sama nakłada sobie zdrowsze jedzenie i tu już nie narzekał na grzebanie mu w lodówce.
Może ta klątwą nie była jednak taka zła.
A co do klątwy.
– Hm, bo ryzykowałbym dużo próbując ściągnąć ją z was teraz, ale minie samoistnie po dniu od jej rzucenia – powiedział, starając się ukryć fakt, że było to dla niego w jakiś sposób naprawdę fascynujące. Znacznie częściej trudne do zdjęcia klątwy, raczej nie schodziły same po tak krótkim czasie. Będzie potem musiał porobić parę notatek. – Więc powinno być wkrótce po wszystkim.
No dobrze. Czyli może rzeczywiście to był tylko przypadek. W końcu czarownice nie ucierpiały za bardzo na tej przemianie. Na pewno przeżyją jeden dzień w cudzych ciałach i będzie po wszystkim.
No chyba, że tarot powie coś absolutnie okropnego. Zerknął na Brennę, do której, zachęcony dalszym głaskaniem, właśnie łasił się Cerber.
– Może... Może to nie jest taki zły pomysł? – Sam nie wierzył, że to mówił, ale lepiej było spróbować coś z tym zrobić, niż niczego z tym nie robić. Zaczynał żałować, że nie znał się na numerologii, może to by dało im jakieś odpowiedzi, a jego wewnętrzny Krukon reagował oburzeniem, gdy wiedza, która nigdy wcześniej nie wydawała mu się przydatna i potrzebna, nagle okazywała się być przydatna i potrzebna, a on nie miał o niej zielonego pojęcia.