03.07.2024, 22:27 ✶
Oczywiście, że dała Ambrosi się za sobą schować. Co więcej - rozłożyła dziarsko ręce, licząc, że długie rękawy czarnej szaty, w którą była ubrana, choć troszkę zasłonią krukonkę.
A w następnej sztuczce sprawię, że panna McKinnon zniknie. Rozpłynie się w powietrzu z dala od creepy ducha.
Z zewnątrz musiało to wyglądać co najmniej absurdalnie. Lorien ze swoją posturą niedożywionego skrzata domowego, próbowała ukryć blondynkę przed całym złem (zjawą) tego świata (łazienki), ale jak to mówią - mali ludzie mają bliżej do limbo czy jakoś tak. Poza tym tupet panny Crouch był rzeczą powszechnie znaną w murach Hogwartu. Podobnie zresztą jak jej niewyparzony język, który bardzo starała się teraz trzymać na wodzy. Przygryzła go do tego stopnia, że poczuła metaliczny posmak w ustach.
Na Merlina, czy ty nie masz nic innego do roboty? Weź zleź na to dno jeziora i siedź tam. Nikt nie będzie tęsknił.
Obserwowała Martę, bezwiednie przesuwając się drobnymi kroczkami w stronę, w którą duch się poruszał - tak aby zawsze być pomiędzy nią, a Ambrosią. Toczyły przy tym bardzo niesprawiedliwy pojedynek na wzrok, bo jedna z nich - suprise suprise - nie potrzebowała mrugania do życia. Szybko przeszła do negocjacji.
- Słuchaj… Daj nam odejść, a spiknę cię z… - Szlag. Myśl Crouch, myśl.- … z Baronem. Słowo honoru. Podzwonicie sobie kajdanami w rurach czy coś… Wygląda mi na gościa, któremu brakuje zjazdów do jeziora.- Próbowała sprzedać pomysł, równocześnie grając na czas.
Wiedziała, że w tej chwili stoją z Ambrosią plecami do drzwi, więc nie zrobiła kolejnego kroku w bok. Pewnie jakby teraz się rzuciły do ucieczki, miałyby sporą szansę wydostać się stąd w jednym, względnie suchym kawałku. Tylko, że… podłoga była cała mokra, ryzyko wyrżnięcia się i rozbicia nosa - duże; a Lorien żywiła głęboką nienawiść do jakiejkolwiek aktywności fizycznej - niestety, ucieczka w obawie o własne życie wpadała do tego samego worka co poranny jogging.
Trzeba to było szybko opracować jakiś inny plan.
Zagrać “dobrą przyjaciółkę martwej lamuski z (pewnie) Pucholandu”. Pogadać, poojojać nad jej losem. Albo liczyć, że laska się obrazi i pójdzie dręczyć inne dzieciaki.
Więc panna Crouch, w przypływie ogromnego ślizgońskiego geniuszu, palnęła pierwsze co przyszło jej do głowy.
- Marta… Jak to jest być duchem? Dobrze? Niedobrze?- Cofnęła delikatnie jedną dłoń do tyłu, nieco po omacku odnajdując opuszkami palców wciąż kulącą się blondynkę. Machnęła delikatnie palcami jakby jednocześnie dawała jej znać, żeby zacząć się powolutku wycofywać z łazienki, a z drugiej strony zachęcała do złapania się za rękę. Jakby to cokolwiek miało pomóc, ale może tego właśnie biedna Ambrosia teraz potrzebowała. Duchowego, o ironio, wsparcia.
W drugiej dłoni wciąż trzymała różdżkę, chociaż opuściła ją trochę. Ze wszystkich sił starała się nie sprawiać wrażenia zagrożenia dla Martwy. To mogłoby ją tylko niepotrzebnie rozjuszyć.
A w następnej sztuczce sprawię, że panna McKinnon zniknie. Rozpłynie się w powietrzu z dala od creepy ducha.
Z zewnątrz musiało to wyglądać co najmniej absurdalnie. Lorien ze swoją posturą niedożywionego skrzata domowego, próbowała ukryć blondynkę przed całym złem (zjawą) tego świata (łazienki), ale jak to mówią - mali ludzie mają bliżej do limbo czy jakoś tak. Poza tym tupet panny Crouch był rzeczą powszechnie znaną w murach Hogwartu. Podobnie zresztą jak jej niewyparzony język, który bardzo starała się teraz trzymać na wodzy. Przygryzła go do tego stopnia, że poczuła metaliczny posmak w ustach.
Na Merlina, czy ty nie masz nic innego do roboty? Weź zleź na to dno jeziora i siedź tam. Nikt nie będzie tęsknił.
Obserwowała Martę, bezwiednie przesuwając się drobnymi kroczkami w stronę, w którą duch się poruszał - tak aby zawsze być pomiędzy nią, a Ambrosią. Toczyły przy tym bardzo niesprawiedliwy pojedynek na wzrok, bo jedna z nich - suprise suprise - nie potrzebowała mrugania do życia. Szybko przeszła do negocjacji.
- Słuchaj… Daj nam odejść, a spiknę cię z… - Szlag. Myśl Crouch, myśl.- … z Baronem. Słowo honoru. Podzwonicie sobie kajdanami w rurach czy coś… Wygląda mi na gościa, któremu brakuje zjazdów do jeziora.- Próbowała sprzedać pomysł, równocześnie grając na czas.
Wiedziała, że w tej chwili stoją z Ambrosią plecami do drzwi, więc nie zrobiła kolejnego kroku w bok. Pewnie jakby teraz się rzuciły do ucieczki, miałyby sporą szansę wydostać się stąd w jednym, względnie suchym kawałku. Tylko, że… podłoga była cała mokra, ryzyko wyrżnięcia się i rozbicia nosa - duże; a Lorien żywiła głęboką nienawiść do jakiejkolwiek aktywności fizycznej - niestety, ucieczka w obawie o własne życie wpadała do tego samego worka co poranny jogging.
Trzeba to było szybko opracować jakiś inny plan.
Zagrać “dobrą przyjaciółkę martwej lamuski z (pewnie) Pucholandu”. Pogadać, poojojać nad jej losem. Albo liczyć, że laska się obrazi i pójdzie dręczyć inne dzieciaki.
Więc panna Crouch, w przypływie ogromnego ślizgońskiego geniuszu, palnęła pierwsze co przyszło jej do głowy.
- Marta… Jak to jest być duchem? Dobrze? Niedobrze?- Cofnęła delikatnie jedną dłoń do tyłu, nieco po omacku odnajdując opuszkami palców wciąż kulącą się blondynkę. Machnęła delikatnie palcami jakby jednocześnie dawała jej znać, żeby zacząć się powolutku wycofywać z łazienki, a z drugiej strony zachęcała do złapania się za rękę. Jakby to cokolwiek miało pomóc, ale może tego właśnie biedna Ambrosia teraz potrzebowała. Duchowego, o ironio, wsparcia.
W drugiej dłoni wciąż trzymała różdżkę, chociaż opuściła ją trochę. Ze wszystkich sił starała się nie sprawiać wrażenia zagrożenia dla Martwy. To mogłoby ją tylko niepotrzebnie rozjuszyć.