03.07.2024, 23:13 ✶
Warownia Longbottomów idealnie spełniała swoją nazwę. Była istną twierdzą, w której Tessa mogła się schować za każdym razem, kiedy coś działo się nie po jej myśli.
Uciekła do niej zaraz przed ślubem z Woodym, gdy jej ojciec odpisał, że: Nie, nie zamierza przyjechać na ceremonię. Uciekła do niej zaraz po rozwodzie, wypłakując sporą ilość łez przy szklance whisky z teściem. I uciekała, chowając się na ławce w sadzie, z papierosem w ręku, gdy nie potrafiła złamać bardziej złożonej klątwy na nowym artefakcie.
Chyba miała to we krwi — wycofywanie się w bezpieczne miejsce, kiedy grunt pod nogami zaczął się ledwo żarzyć. Nikt nie mógł mieć jej tego za złe, w końcu wyniosła to przecież z domu; obserwowała rodziców, jak każdą kolejną kłótnię ucinają w przeróżnych momentach, aby ukryć się przed wzajemnym, oceniającym spojrzeniem. Albo pytającą twarzą dzieci, bo te ani trochę nie rozumiały scysji matki i ojca.
Spojrzała na Brennę, już nie przelotnie, a po prostu utwierdziła w niej wzrok i obserwowała jak dziewczyna zbiera w sobie odwagę, żeby coś powiedzieć. Tessa z kolei zbliżyła się do niej powoli, zrównała w końcu krok — bo przed chwilą zwolniła, wpatrując się w bluszcz na ścianach Warowni — i poprawiła szalik na szyi chrześnicy. Wiedziała, że bratankowie nie przepadają za tym, kiedy matkowała im w wielu aspektach, w których przecież nie potrzebowali niańki.
Tak, ciociu, nie pijemy alkoholu.
Tak, ciociu, nie palimy papierosów!
Ale już:
Tak, ciociu, poświęcamy życie, pracując jako aurorzy.
Musiałaby skłamać, mówiąc, że jej to odpowiadało. Już za zamierzchłych czasów małżeństwa z Woodym powtarzała mu, żeby się przeniósł. Nie narażał się tak bardzo, jak robił to dotychczas; ruszając na kolejne akcje z dumnie wypiętą piersią i różdżką pod ręką, gotowy do pokonania każdej przeszkody, która mogłaby mu stanąć na drodze. Za każdym razem bała się, że coś może się im stać.
Wygładziła materiał śliwkowej koszuli, patrząc na Brennę z ukosa.
— Co sądzę? — powtórzyła głośno, wzdychając z lekką przesadą. — Cóż, pomijając fakt, że jego ideologia zakrawa… Nie, jego ideologia jest czystym wyrazem i wręcz naśladownictwem mugolskiego hitleryzmu, to myślę, że jest nawet spoko gościem.
Zaraz jednak parsknęła pogardliwie, zakładając ramiona na piersi.
— Brenno, jesteśmy rodziną, więc będę szczera. Widzę, co knujecie. Czytam gazety, jak normalna czarownica, a nawet jeśli nie miałabym takiego zamiaru, to każdy mój znajomy trąbi mi o tym przy popołudniowej herbacie. Voldemort jest osobą, której należy się pozbyć. W ten czy inny sposób, nawet jeśli może to zabrzmieć drastycznie albo brutalnie.
Uciekła do niej zaraz przed ślubem z Woodym, gdy jej ojciec odpisał, że: Nie, nie zamierza przyjechać na ceremonię. Uciekła do niej zaraz po rozwodzie, wypłakując sporą ilość łez przy szklance whisky z teściem. I uciekała, chowając się na ławce w sadzie, z papierosem w ręku, gdy nie potrafiła złamać bardziej złożonej klątwy na nowym artefakcie.
Chyba miała to we krwi — wycofywanie się w bezpieczne miejsce, kiedy grunt pod nogami zaczął się ledwo żarzyć. Nikt nie mógł mieć jej tego za złe, w końcu wyniosła to przecież z domu; obserwowała rodziców, jak każdą kolejną kłótnię ucinają w przeróżnych momentach, aby ukryć się przed wzajemnym, oceniającym spojrzeniem. Albo pytającą twarzą dzieci, bo te ani trochę nie rozumiały scysji matki i ojca.
Spojrzała na Brennę, już nie przelotnie, a po prostu utwierdziła w niej wzrok i obserwowała jak dziewczyna zbiera w sobie odwagę, żeby coś powiedzieć. Tessa z kolei zbliżyła się do niej powoli, zrównała w końcu krok — bo przed chwilą zwolniła, wpatrując się w bluszcz na ścianach Warowni — i poprawiła szalik na szyi chrześnicy. Wiedziała, że bratankowie nie przepadają za tym, kiedy matkowała im w wielu aspektach, w których przecież nie potrzebowali niańki.
Tak, ciociu, nie pijemy alkoholu.
Tak, ciociu, nie palimy papierosów!
Ale już:
Tak, ciociu, poświęcamy życie, pracując jako aurorzy.
Musiałaby skłamać, mówiąc, że jej to odpowiadało. Już za zamierzchłych czasów małżeństwa z Woodym powtarzała mu, żeby się przeniósł. Nie narażał się tak bardzo, jak robił to dotychczas; ruszając na kolejne akcje z dumnie wypiętą piersią i różdżką pod ręką, gotowy do pokonania każdej przeszkody, która mogłaby mu stanąć na drodze. Za każdym razem bała się, że coś może się im stać.
Wygładziła materiał śliwkowej koszuli, patrząc na Brennę z ukosa.
— Co sądzę? — powtórzyła głośno, wzdychając z lekką przesadą. — Cóż, pomijając fakt, że jego ideologia zakrawa… Nie, jego ideologia jest czystym wyrazem i wręcz naśladownictwem mugolskiego hitleryzmu, to myślę, że jest nawet spoko gościem.
Zaraz jednak parsknęła pogardliwie, zakładając ramiona na piersi.
— Brenno, jesteśmy rodziną, więc będę szczera. Widzę, co knujecie. Czytam gazety, jak normalna czarownica, a nawet jeśli nie miałabym takiego zamiaru, to każdy mój znajomy trąbi mi o tym przy popołudniowej herbacie. Voldemort jest osobą, której należy się pozbyć. W ten czy inny sposób, nawet jeśli może to zabrzmieć drastycznie albo brutalnie.
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you