03.07.2024, 23:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.07.2024, 23:53 przez Millie Moody.)
– Od przyjaciółki? Masz kogoś godnego polecenia? Znaczy ja mam recepte i w ogóle, ale chciałabym mieć alternatywę... – chciała wyjebać eliksiry zabierające jej sny na rzecz takich, które po prostu pozwolą jej spać. Czuła się źle w jaźni zatopionej w ciemności. Ale potem zdała sobie sprawę, że Ger o ileż odpowiedzialniejsza, coś miło mówi o tym dupku Blacku i pewnie uważa, że to całe leczenie ma sens. Trochę jak Brenna. Trochę jak wszyscy wkoło. – ...wiesz jak się będę widzieć z lekarzem to mu mogę powiedzieć tej dobra sprawdzona mieszanka chce coś lepszego i też kurwa z polecenia to zawsze inaczej ćpać niż tak łazić do randomów, nie wiadomo co oni do tych kadzideł dorzucają. Kogo miałaś na myśli więc? – pewnie znała, świat był mały, w magicznym Londynie całe trzy bardzo magiczne oczywiście, ale jednak w dalszym ciągu trzy kurwa ulice, więc...
– No ja mam nadzieję, że nie będzie mnie wizytował do śmierci kurwa! Raz że nie chcę tak krótko żyć, dwa że jak już będziemy starymi babciami i będziemy sobie popijać szery czy inne starcze gówno na patio naszych pięknych vill, to będzie słabe w chuj, żeby on jeszcze przyłaził i narzekał mi, że nie mam przepracowanej traumy z dzieciństwa i dlatego nie mogę spać dobrze. Powiem Ci, różne pojebane rzeczy działy mi się w robocie przez te kilka lat, ale no to co jest teraz przechodzi wszelkie pojęcie. – zacisnęła wargi i schyliła głowę na moment, by ukryć jakieś takie oczy zaczerwienione i niechęć ogólną do wszechświata. Była pojebana już wcześniej. Była pojebana i teraz. Sapnęła gniewnie, ale potem uśmiechnęła się krzywo przekrzywiając łeb na Ger.
– Dobrze, że Ty jesteś i wiesz... Nawet jak nie jestem normalna do końca, to mnie nie kopniesz w dupę. – Nie chodziło o to, że Millie nikt nie lubił. W gruncie rzeczy miała pizdyliard przyjaciół i znajomych, z zakonu, z roboty, z imprez, z jakiś dziwnych ekskapad po Nokturnie. Ale zawsze zapadały jej w pamięci te skrzywione twarze. Te wirujące oczy. Napięcie w barkach ludzi którzy z nią rozmawiali i mieli jej dość. I Millie która miała to centralnie w swojej kościstej dupie, to wcale tak na prawdę nie miała tego w dupie i było jej w chuj kurwa przykro, że nie umie być normalna. Ale przy Ger... przy niej nigdy tego nie czuła. Yaxleyowa dźwigała ją całą. To pewnie przez te szerokie bary i wielkie muły.
Kurwa.
– Pakowałaś coś ostatnio? Wyglądasz przekozacko! Pewnie byś mnie złamała w pół! – zauważyła. – Teraz to musimy się rozebrać i bez kart, daj chce popatrzeć jaka jesteś atlekurwatyczna! – Mildred nie potrzebowała wiele. Podniosla się z krzesła i roześmiana podeszła do Geraldine macać jej barki i zachęcąc do choć częsciowego pozbycia się ubrań. – Myślisz, że byłabyś w stanie mnie podnieść? Jak Ci cyrkowcy Belów?
– No ja mam nadzieję, że nie będzie mnie wizytował do śmierci kurwa! Raz że nie chcę tak krótko żyć, dwa że jak już będziemy starymi babciami i będziemy sobie popijać szery czy inne starcze gówno na patio naszych pięknych vill, to będzie słabe w chuj, żeby on jeszcze przyłaził i narzekał mi, że nie mam przepracowanej traumy z dzieciństwa i dlatego nie mogę spać dobrze. Powiem Ci, różne pojebane rzeczy działy mi się w robocie przez te kilka lat, ale no to co jest teraz przechodzi wszelkie pojęcie. – zacisnęła wargi i schyliła głowę na moment, by ukryć jakieś takie oczy zaczerwienione i niechęć ogólną do wszechświata. Była pojebana już wcześniej. Była pojebana i teraz. Sapnęła gniewnie, ale potem uśmiechnęła się krzywo przekrzywiając łeb na Ger.
– Dobrze, że Ty jesteś i wiesz... Nawet jak nie jestem normalna do końca, to mnie nie kopniesz w dupę. – Nie chodziło o to, że Millie nikt nie lubił. W gruncie rzeczy miała pizdyliard przyjaciół i znajomych, z zakonu, z roboty, z imprez, z jakiś dziwnych ekskapad po Nokturnie. Ale zawsze zapadały jej w pamięci te skrzywione twarze. Te wirujące oczy. Napięcie w barkach ludzi którzy z nią rozmawiali i mieli jej dość. I Millie która miała to centralnie w swojej kościstej dupie, to wcale tak na prawdę nie miała tego w dupie i było jej w chuj kurwa przykro, że nie umie być normalna. Ale przy Ger... przy niej nigdy tego nie czuła. Yaxleyowa dźwigała ją całą. To pewnie przez te szerokie bary i wielkie muły.
Kurwa.
– Pakowałaś coś ostatnio? Wyglądasz przekozacko! Pewnie byś mnie złamała w pół! – zauważyła. – Teraz to musimy się rozebrać i bez kart, daj chce popatrzeć jaka jesteś atlekurwatyczna! – Mildred nie potrzebowała wiele. Podniosla się z krzesła i roześmiana podeszła do Geraldine macać jej barki i zachęcąc do choć częsciowego pozbycia się ubrań. – Myślisz, że byłabyś w stanie mnie podnieść? Jak Ci cyrkowcy Belów?