08.01.2023, 18:25 ✶
– Jak chcesz – skoro chciał podbijać stawkę w ten sposób, to ona nie miała nic przeciwko. Dla niej to też była zabawa. Sama nie była hazardzistką, nie miała potrzeby by we wszystkim wygrywać, ale... Tym ale była ciągła chęć dążenia do perfekcji.Lubiła wygrywać, kto nie lubił… tyle tylko, że nie szła do celu po trupach, miała swoje hamulce. Miała refleksje, że druga strona też ma uczucia, a ona wcale nie chciała zadawać bólu. Przyparta do muru – tak, oczywiście, ale bez wyraźnej potrzeby mogła co najwyżej pokąsać i pozaczepiać pazurami.
- Naprawdę? A myślałam, że masz całą szafę sukienek – teraz i w jej głosie było słychać sarkazm. Zadziwiająco łatwo i gładko się dzisiaj przy nim rozluźniła. Zbyt gładko, zbyt mocno. To chyba przez ten zalążek szczerości. Tego, że teraz tak minimalnie wiedziała na czym stoi, że on nie jest taki zły – albo bardzo dobrze udawał. I kiedy tak się zapominało o poprzednich interakcjach… to miał rację. Można było odnieść wrażenie, że go polubi. A to już było coś, jakiś start. Perspektywa tego, że może nie będzie aż tak bardzo źle. Wciąż – wcale jej się do ślubu nie spieszyło, bogowie, znali się ledwo co! Ale chciała go poznać. Bardziej niż z konieczności, ot… po prostu była ciekawa. I to wszystko sprawiało, że z rozluźnieniem przyszło też to, że i ona mniej się pilnowała. Nie była taka sztywna, taka oficjalna. Zupełnie z tym nie pasowała do swojego obecnego wyglądu. - No nie jest, ale Isabelle zrobiła awanturę – wywróciła oczami. W jej guście ta sukienka też nie było, więc była ich dwójka. W każdym razie taka była właśnie puenta – że jej matka miała manię kontroli wszystkiego i wszystkich. Victoria… niekoniecznie. Kagańca i smyczy więc nie planowała.
Zupełnie inaczej odbierała jego cynizm teraz, niż wcześniej. Wcześniej jeżyła się na każde słowo, bo były one przesycone złością i jadem. Teraz… Jakby to opadło. I to było trochę przerażające, bo kiedy odjąć złe nastawienie, to jej się to nawet podobało. Drake, jej poprzedni narzeczony, nudził ją do granic. Zawsze był taki… starał się być milutki. Był taki nijaki. Zachowywał się jakby nie wiedział co miał mówić, więc opowiadał o tym, co mówiła jego matka na to, albo na tamto, jakby w jego życiu była tylko ona. Nie był niemiły, skąd, ale Victoria wracała z tych spotkań zmęczona bardziej niż po całym dniu w Ministerstwie. Więc kiedy trafiła na chamskiego i bezczelnego Sauriela to myślała, że trafiła z deszczu pod rynnę, bo tak źle i tak niedobrze. Ale teraz… Nie chciała zapeszać, ale miała wrażenie, że chyba jednak nie będzie tak źle.
- A dlaczego ma nie mieć? – zadawała dziwne pytania, ale to był sposób by się poznać choć trochę. Zamiast siedzieć tutaj z listą i serią pytań o podstawy, ona wybrała teraz inną taktykę. Uśmiechnęła się za to widocznie znad talerza, trzymając w dłoniach nóż i widelec. Miał rację – obie opcje mogły się obrócić przeciwko niemu. - Hahahaha! Ale masz marzenia – parsknęła znowu śmiechem – tak znowu ją rozbawił i nawet puściła mimo uszu tę kujonkę. - Bardziej bym ci wypomniała twój przegrany zakład – teraz to ona go dźgała i się z nim drażniła. Znowu się uśmiechnęła, ale tym razem słodko i niewinnie. Oczywiście, że zakładała, że to on ten zakład przegra. - O tej sukience chciałabym zapomnieć jak najszybciej – pewne jednak było, że raczej będą mieli co wspominać. O walentynkach, dniu zakochanych, który zaaranżowały ich mamy – ale dla niej to bardziej byłby Dzień, W Którym Pierwszy Raz Rozmawiali Ze Sobą Normalnie. - To groźba czy obietnica? Pick your poinson. – oczywiście, że musiała mu odpowiedzieć w podobnym stylu co on jej. A potem puściła do niego oko.
- Naprawdę? A myślałam, że masz całą szafę sukienek – teraz i w jej głosie było słychać sarkazm. Zadziwiająco łatwo i gładko się dzisiaj przy nim rozluźniła. Zbyt gładko, zbyt mocno. To chyba przez ten zalążek szczerości. Tego, że teraz tak minimalnie wiedziała na czym stoi, że on nie jest taki zły – albo bardzo dobrze udawał. I kiedy tak się zapominało o poprzednich interakcjach… to miał rację. Można było odnieść wrażenie, że go polubi. A to już było coś, jakiś start. Perspektywa tego, że może nie będzie aż tak bardzo źle. Wciąż – wcale jej się do ślubu nie spieszyło, bogowie, znali się ledwo co! Ale chciała go poznać. Bardziej niż z konieczności, ot… po prostu była ciekawa. I to wszystko sprawiało, że z rozluźnieniem przyszło też to, że i ona mniej się pilnowała. Nie była taka sztywna, taka oficjalna. Zupełnie z tym nie pasowała do swojego obecnego wyglądu. - No nie jest, ale Isabelle zrobiła awanturę – wywróciła oczami. W jej guście ta sukienka też nie było, więc była ich dwójka. W każdym razie taka była właśnie puenta – że jej matka miała manię kontroli wszystkiego i wszystkich. Victoria… niekoniecznie. Kagańca i smyczy więc nie planowała.
Zupełnie inaczej odbierała jego cynizm teraz, niż wcześniej. Wcześniej jeżyła się na każde słowo, bo były one przesycone złością i jadem. Teraz… Jakby to opadło. I to było trochę przerażające, bo kiedy odjąć złe nastawienie, to jej się to nawet podobało. Drake, jej poprzedni narzeczony, nudził ją do granic. Zawsze był taki… starał się być milutki. Był taki nijaki. Zachowywał się jakby nie wiedział co miał mówić, więc opowiadał o tym, co mówiła jego matka na to, albo na tamto, jakby w jego życiu była tylko ona. Nie był niemiły, skąd, ale Victoria wracała z tych spotkań zmęczona bardziej niż po całym dniu w Ministerstwie. Więc kiedy trafiła na chamskiego i bezczelnego Sauriela to myślała, że trafiła z deszczu pod rynnę, bo tak źle i tak niedobrze. Ale teraz… Nie chciała zapeszać, ale miała wrażenie, że chyba jednak nie będzie tak źle.
- A dlaczego ma nie mieć? – zadawała dziwne pytania, ale to był sposób by się poznać choć trochę. Zamiast siedzieć tutaj z listą i serią pytań o podstawy, ona wybrała teraz inną taktykę. Uśmiechnęła się za to widocznie znad talerza, trzymając w dłoniach nóż i widelec. Miał rację – obie opcje mogły się obrócić przeciwko niemu. - Hahahaha! Ale masz marzenia – parsknęła znowu śmiechem – tak znowu ją rozbawił i nawet puściła mimo uszu tę kujonkę. - Bardziej bym ci wypomniała twój przegrany zakład – teraz to ona go dźgała i się z nim drażniła. Znowu się uśmiechnęła, ale tym razem słodko i niewinnie. Oczywiście, że zakładała, że to on ten zakład przegra. - O tej sukience chciałabym zapomnieć jak najszybciej – pewne jednak było, że raczej będą mieli co wspominać. O walentynkach, dniu zakochanych, który zaaranżowały ich mamy – ale dla niej to bardziej byłby Dzień, W Którym Pierwszy Raz Rozmawiali Ze Sobą Normalnie. - To groźba czy obietnica? Pick your poinson. – oczywiście, że musiała mu odpowiedzieć w podobnym stylu co on jej. A potem puściła do niego oko.