04.07.2024, 15:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.07.2024, 15:23 przez Anthony Shafiq.)
Zimny dreszcz przeszedł mu po plecach, wobec znaleziska, które znalazł u szczytu schodów. Dziki lokator? To nie byłoby nic niezwykłego w Little Hangleton, które nie bez kozery cieszyło się nienajlepszą sławą. Posępne rezydencje oddawały ducha szkockich ścieków w pewnym dość znanym magicznej socjecie zamku, wisielczy las nie napawał optymizmem, a morski, wilgotny klimat nie napawał entuzjazmem.
Czuł się tak jakby soczewka gotyckiego horroru skupiała na nim swoje oko. Poddawał się opowieści, on - już nie dyplomata, a samotny pisarz, który może dotknąć nieznanego. Słyszał co prawda smocze wołanie, czuł przez czarną skórę noszonej rękawiczki wibrację i śpiew serca, które chciało wypalić zalęgłe w opuszczonym domostwie zło. Może była to myśl na wyrost, ale bezsprzecznie klimat tego miejsca pasował do przeświadczenia, że ktokolwiek palił świece w najwyższej komnacie w najwyższej wieży... był zły. Był złem. Duchem próbującym znaleźć pośród śmiertelnych, lub przywoływaczem, który tego ducha chciał przywołać. Czy dobrze pamiętał, jak sprzedający wspominał coś o białej damie? Nie spotkali żadnej, ale kto wie...
Po momencie zawahania wszedł do środka by zbadać wosk, połączyć zapach spalonego knotu z lepkością wosku. Przykucnął nawet by... nie, nie dotknie tego wosku palcem, rękawiczka byłaby już do wyrzucenia. Podniósł się więc i oczyma przesłoniętymi czarnymi szkłami próbował znaleźć jakiś kijek czy inne narzędzie. Nagle za oknem rozbłysł grom odbijając się w jego okularach. Odwrócił się do okna wsłuchując się w śpiew nadchodzącej burzy. Sam lepiej nie zaaranżowałby takiego spektaklu, nie czuł się wcale zagrożony, wszak miał różdżkę w każdej chwili mógł przeskoczyć. A jednak ciało reagowało mimowolnie, posyłając dreszcze przerażonego ciała limbicznego, gotując się do ataku lub ucieczki. Przyjemne mrowienie, tak inne od tego, które doświadczał w problemach codzienności upchnięcia wszystkich obowiązków swoich i szefa oddziału w jednym kalendarzu.
Czuł się tak jakby soczewka gotyckiego horroru skupiała na nim swoje oko. Poddawał się opowieści, on - już nie dyplomata, a samotny pisarz, który może dotknąć nieznanego. Słyszał co prawda smocze wołanie, czuł przez czarną skórę noszonej rękawiczki wibrację i śpiew serca, które chciało wypalić zalęgłe w opuszczonym domostwie zło. Może była to myśl na wyrost, ale bezsprzecznie klimat tego miejsca pasował do przeświadczenia, że ktokolwiek palił świece w najwyższej komnacie w najwyższej wieży... był zły. Był złem. Duchem próbującym znaleźć pośród śmiertelnych, lub przywoływaczem, który tego ducha chciał przywołać. Czy dobrze pamiętał, jak sprzedający wspominał coś o białej damie? Nie spotkali żadnej, ale kto wie...
Po momencie zawahania wszedł do środka by zbadać wosk, połączyć zapach spalonego knotu z lepkością wosku. Przykucnął nawet by... nie, nie dotknie tego wosku palcem, rękawiczka byłaby już do wyrzucenia. Podniósł się więc i oczyma przesłoniętymi czarnymi szkłami próbował znaleźć jakiś kijek czy inne narzędzie. Nagle za oknem rozbłysł grom odbijając się w jego okularach. Odwrócił się do okna wsłuchując się w śpiew nadchodzącej burzy. Sam lepiej nie zaaranżowałby takiego spektaklu, nie czuł się wcale zagrożony, wszak miał różdżkę w każdej chwili mógł przeskoczyć. A jednak ciało reagowało mimowolnie, posyłając dreszcze przerażonego ciała limbicznego, gotując się do ataku lub ucieczki. Przyjemne mrowienie, tak inne od tego, które doświadczał w problemach codzienności upchnięcia wszystkich obowiązków swoich i szefa oddziału w jednym kalendarzu.