05.07.2024, 08:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.07.2024, 09:27 przez Florence Bulstrode.)
Mulciber Moonshine
Jej wizje były możliwościami, drogami, do których mogły poprowadzić powzięte już lub rozważane wybory. Florence nigdy nie brała ich za pewnik, ale były wskazówką - i oznaką tego, że jeśli nie pomyśli o przyszłości teraz, ta może się jej nie spodobać. Była to jedna z wielu różnic pomiędzy nią a bratem. Kolejną stanowiło to, że gdy on wypatrzył stoisko z bimbrem i cytrynówką, jej wzrok uciekł do jednego z pobliskich, bardziej eleganckich straganów, gdzie sprzedawano drogie wina. Florence nie była może absolutną sztywniarą, ale już owszem, trochę sztywna bywała, i wychowana w określony sposób, w dobrym domu, ze swoim charakterem, nie była wielką wielbicielką bimbru. I wielu różnych innych rzeczy, które ludziom dawały sporo radości.
Oczywiście, że nie przepadała za Nottem. Zranił Laurenta. A jeśli miał robić problemy jej bratu, to owszem, miał do tego prawo... ale ona zamierzała odwdzięczać się mu na każdym kroku.
- Myślę, że to nie zawał - odparła bratu, spoglądając na plecy odchodzących razem dwóch mężczyzn. Zawał nie był drobną przypadłością, którą dało się wyleczyć w trzy minuty na jarmarku, a zlekceważony często powoli zabijał człowieka, dzień po dniu, gdy serce się poddawało i powoli to samo robiła reszta organizmu. Florence nie specjalizowała się w tej dziedzinie uzdrawiania, ale była to przypadłość na tyle częsta, że w pierwszych latach szkolenia wszyscy uczyli się podstaw rozpoznawania, postępowania i potencjalnych efektów ubocznych. - Widzę, że dopiero teraz odchodzi, całkiem sprawnie... albo stoi dalej przy stoisku... i to bez medyka. Albo tylko poniosły go nerwy i to były objawy stresowe, albo udawał.
Stawiałaby raczej na to pierwsze, bo czy chciałby zwracać na siebie uwagę takim teatrzykiem?
- Jest coś ironicznego w tym, że pracę z mugolakiem uważali za poniżej swojej godności, a porzucili Departament Tajemnic na rzecz świeczek w kształcie przyrodzenia oraz podłych trunków - powiedziała z pewnym zamyśleniem, zanim jeszcze podeszli i nim Sophie mogła ich usłyszeć. Sama Florence uważała wtedy, ze Leach to zły wybór. Był bez wątpienia człowiekiem wielu talentów, ale budujących antagonizmy, i dla świata czarodziejów najlepszym Ministrem w jej opinii byłby ktoś półkrwi. Ktoś kto doskonale znal ich świat, nie stał pomiędzy dwoma, ale kto nie służyłby tylko interesom czystej krwi.
Teraz uważała, że może był to szczęśliwy zbieg okoliczności. Leach został zniszczony, ale tuż przed nadejściem Voldemorta w Ministerstwie zaszły zmiany. Na lepsze, oczywiście, tak uważała choćby dlatego, że to jej wuj zawiadował Departamentem Tajemnic, a Florence nigdy nie była obiektywna, gdy szło o rodziny.
- Możemy podejść potem to Chateau des Dragons - mruknęła jeszcze do Atreusa, gdy sięgał po próbkę. Kiwnęła głową Sophie i przyglądała się jej przez moment - może szukając rodzinnego podobieństwa? - nie odezwała się jednak, choć w duchu skręciła się odrobinę na myśl, że dziecko jej ciotki, nawet jeśli z tą jedną ciotką nigdy nie była blisko, sprzedawało na sabacie alkohole. Atreusa pewnie to bawiło. Ją niezbyt.
A potem przesunęła wzrokiem po wystawionych butelkach, ale w stylu Florence były raczej dobre wina niż bimber, dlatego sama nie zdecydowała się na kupno.
Jej wizje były możliwościami, drogami, do których mogły poprowadzić powzięte już lub rozważane wybory. Florence nigdy nie brała ich za pewnik, ale były wskazówką - i oznaką tego, że jeśli nie pomyśli o przyszłości teraz, ta może się jej nie spodobać. Była to jedna z wielu różnic pomiędzy nią a bratem. Kolejną stanowiło to, że gdy on wypatrzył stoisko z bimbrem i cytrynówką, jej wzrok uciekł do jednego z pobliskich, bardziej eleganckich straganów, gdzie sprzedawano drogie wina. Florence nie była może absolutną sztywniarą, ale już owszem, trochę sztywna bywała, i wychowana w określony sposób, w dobrym domu, ze swoim charakterem, nie była wielką wielbicielką bimbru. I wielu różnych innych rzeczy, które ludziom dawały sporo radości.
Oczywiście, że nie przepadała za Nottem. Zranił Laurenta. A jeśli miał robić problemy jej bratu, to owszem, miał do tego prawo... ale ona zamierzała odwdzięczać się mu na każdym kroku.
- Myślę, że to nie zawał - odparła bratu, spoglądając na plecy odchodzących razem dwóch mężczyzn. Zawał nie był drobną przypadłością, którą dało się wyleczyć w trzy minuty na jarmarku, a zlekceważony często powoli zabijał człowieka, dzień po dniu, gdy serce się poddawało i powoli to samo robiła reszta organizmu. Florence nie specjalizowała się w tej dziedzinie uzdrawiania, ale była to przypadłość na tyle częsta, że w pierwszych latach szkolenia wszyscy uczyli się podstaw rozpoznawania, postępowania i potencjalnych efektów ubocznych. - Widzę, że dopiero teraz odchodzi, całkiem sprawnie... albo stoi dalej przy stoisku... i to bez medyka. Albo tylko poniosły go nerwy i to były objawy stresowe, albo udawał.
Stawiałaby raczej na to pierwsze, bo czy chciałby zwracać na siebie uwagę takim teatrzykiem?
- Jest coś ironicznego w tym, że pracę z mugolakiem uważali za poniżej swojej godności, a porzucili Departament Tajemnic na rzecz świeczek w kształcie przyrodzenia oraz podłych trunków - powiedziała z pewnym zamyśleniem, zanim jeszcze podeszli i nim Sophie mogła ich usłyszeć. Sama Florence uważała wtedy, ze Leach to zły wybór. Był bez wątpienia człowiekiem wielu talentów, ale budujących antagonizmy, i dla świata czarodziejów najlepszym Ministrem w jej opinii byłby ktoś półkrwi. Ktoś kto doskonale znal ich świat, nie stał pomiędzy dwoma, ale kto nie służyłby tylko interesom czystej krwi.
Teraz uważała, że może był to szczęśliwy zbieg okoliczności. Leach został zniszczony, ale tuż przed nadejściem Voldemorta w Ministerstwie zaszły zmiany. Na lepsze, oczywiście, tak uważała choćby dlatego, że to jej wuj zawiadował Departamentem Tajemnic, a Florence nigdy nie była obiektywna, gdy szło o rodziny.
- Możemy podejść potem to Chateau des Dragons - mruknęła jeszcze do Atreusa, gdy sięgał po próbkę. Kiwnęła głową Sophie i przyglądała się jej przez moment - może szukając rodzinnego podobieństwa? - nie odezwała się jednak, choć w duchu skręciła się odrobinę na myśl, że dziecko jej ciotki, nawet jeśli z tą jedną ciotką nigdy nie była blisko, sprzedawało na sabacie alkohole. Atreusa pewnie to bawiło. Ją niezbyt.
A potem przesunęła wzrokiem po wystawionych butelkach, ale w stylu Florence były raczej dobre wina niż bimber, dlatego sama nie zdecydowała się na kupno.