05.07.2024, 20:09 ✶
Nie zazdrościł Elliottowi sytuacji w jakiej go postawił. Nora przynajmniej była świadoma istnienia Zakonu Feniksa od pierwszych tygodni jego funkcjonowania; chociaż rzadko kiedy brała udział w działaniach bojowych, tak na swój wyjątkowy sposób i tak stanowiła poniekąd trzon organizacji. Znała zagrożenie, więc przed nią nie musiał zatajać większości swoich ''wypadków''.
A Malfoy… Cóż, zakopanie się w obowiązkach służbowych i brak czasu na spotkania towarzyskie chyba był szczęściem w nieszczęściu. Przynajmniej nie było wielu okazji, gdzie Erik faktycznie musiał się tłumaczyć z całej masy incydentów, w jakie się wpakował w ciągu ostatnich kilku miesięcy. A szczerość wymuszona przez obecność magicznej więzi zdecydowanie nijak się miała do ludzkiej szczerości, gdzie można było balansować na zatajeniu pewnych informacji dla dobra drugiej osoby.
Chociaż Erik wychodził z założenia, że konflikt dotyczył wszystkich czarodziejów, czy im się to podobało, czy nie, tak wiedział, że nie można wciągnąć każdego w sam środek tego chaosu. Skomplikowana sytuacja rodzinna. Wysokie stanowisko pracy. Dorzucenie do tego jeszcze jednoznacznego wybrania strony mogłoby być dla co poniektórych sporym wyzwaniem. A Longbottom mimo wszystko nie chciał nadmiernie testować pewnych znajomości.
— Nie jestem zbytnio na bieżąco ze starożytną magią. Wprawdzie spojrzałem w zaklęte ognie podczas Beltane i trafiam na bardzo dziwne sytuacje, ale babranie się w obrzędach kapłanek? — Pokręcił głową. Nawet gdyby zaliczyć wilcze transformacje do dawnej magii, tak pełnoprawnej formie wilkołaka i tak było dużo bliżej do animagii niźli innych gałęzi sztuk magicznych. — A przemiany... Siedzenie w zamknięciu podczas pełni chyba pomogło. Wtedy jedynym zagrożeniem to... Cóż, ja. — Uniósł kącik ust w krzywym uśmiechu. — Gdybym żył na dziko pewnie wyglądałoby to nieco inaczej.
Przez swoje pochodzenia miał zapewnioną najlepszą opiekę od pierwszego ugryzienia. Załatwioną kryjówkę z dala od ludzkich siedzib. Z czasem pojawiły się też oficjalne dostawy Eliksiru Tojadowego z Apteki Lupinów. Miał pełną świadomość tego, że mógł mieć gorzej. Gdyby Longbottomowie nie byli tak dobrze usytuowani, co miesiąc musiałby meldować się w areszcie Ministerstwa Magii.
A potem to już tylko w dół, pomyślał przelotnie. Brak wpisu do rejestru wilkołaków, ryzykowanie przemiany na łonie natury lub w centrum miasta... Wzdrygnął się na samą myśl, że mogłoby do czegoś takiego dojść. Zdążył przywyknąć do poduszki bezpieczeństwa, jaką stanowiła kryjówka, więc przejście na cokolwiek ''niżej'' byłoby sporym zmartwieniem.
— Wiedziałem, że nasi krewni mają nietypowe umiejętności, ale nie sądziłem, że dożyje momentu, gdy nabędziemy skazę rodową pod tytułem ''podejmujemy bardzo głupie decyzje po skrzacim bimbrze'' — mruknął z nutką ironii w głosie. Świat się zmienił, a Longbottomowie najwyraźniej dotrzymywali mu kroku. Pytanie tylko, czy szli w dobrą stronę. — To prawda, koniec końców uczucie... Jest tego warto. Ale czas to obosieczny miecz. Niby pozwala się zdystansować, ale kiedy rana na nowo się otwiera, odczuwasz wszystko dwa razy mocniej. Jako obecny ty. Jako dawny ty. I dopiero wtedy orientujesz się, że chociaż tak bardzo się zmieniłeś, dorosłeś czy dojrzałeś, to i tak jest taka mała iskierka młodszego ciebie, która odbierze pewne informacje, jakby to wszystko działo się wczoraj.
Otworzył usta, jakby chciał powiedzieć więcej, jednak zaraz się powstrzymał. Chyba wystarczyło, że napomknął dzisiaj o Neilu, nakręcając nieco Morfeusza. Nie chciał go kierować w stronę dalszych rozważań na temat jeszcze innej dawnej miłości. Sam zapewne nie odebrałby zbyt dobrze jakichś zachęt dotyczących Laurence'a Selwyna.
— Oby nam obu udało się koniec końców znaleźć to, czego potrzebujemy w drugiej osobie — kontynuował po dłuższej chwili z lekkim uśmiechem. — Może mamy do tego blisko, może daleko, ale do czegoś trzeba dążyć. To jest, poza kolejną książką do przeczytania na spotkanie klubu mojej siostry.
A Malfoy… Cóż, zakopanie się w obowiązkach służbowych i brak czasu na spotkania towarzyskie chyba był szczęściem w nieszczęściu. Przynajmniej nie było wielu okazji, gdzie Erik faktycznie musiał się tłumaczyć z całej masy incydentów, w jakie się wpakował w ciągu ostatnich kilku miesięcy. A szczerość wymuszona przez obecność magicznej więzi zdecydowanie nijak się miała do ludzkiej szczerości, gdzie można było balansować na zatajeniu pewnych informacji dla dobra drugiej osoby.
Chociaż Erik wychodził z założenia, że konflikt dotyczył wszystkich czarodziejów, czy im się to podobało, czy nie, tak wiedział, że nie można wciągnąć każdego w sam środek tego chaosu. Skomplikowana sytuacja rodzinna. Wysokie stanowisko pracy. Dorzucenie do tego jeszcze jednoznacznego wybrania strony mogłoby być dla co poniektórych sporym wyzwaniem. A Longbottom mimo wszystko nie chciał nadmiernie testować pewnych znajomości.
— Nie jestem zbytnio na bieżąco ze starożytną magią. Wprawdzie spojrzałem w zaklęte ognie podczas Beltane i trafiam na bardzo dziwne sytuacje, ale babranie się w obrzędach kapłanek? — Pokręcił głową. Nawet gdyby zaliczyć wilcze transformacje do dawnej magii, tak pełnoprawnej formie wilkołaka i tak było dużo bliżej do animagii niźli innych gałęzi sztuk magicznych. — A przemiany... Siedzenie w zamknięciu podczas pełni chyba pomogło. Wtedy jedynym zagrożeniem to... Cóż, ja. — Uniósł kącik ust w krzywym uśmiechu. — Gdybym żył na dziko pewnie wyglądałoby to nieco inaczej.
Przez swoje pochodzenia miał zapewnioną najlepszą opiekę od pierwszego ugryzienia. Załatwioną kryjówkę z dala od ludzkich siedzib. Z czasem pojawiły się też oficjalne dostawy Eliksiru Tojadowego z Apteki Lupinów. Miał pełną świadomość tego, że mógł mieć gorzej. Gdyby Longbottomowie nie byli tak dobrze usytuowani, co miesiąc musiałby meldować się w areszcie Ministerstwa Magii.
A potem to już tylko w dół, pomyślał przelotnie. Brak wpisu do rejestru wilkołaków, ryzykowanie przemiany na łonie natury lub w centrum miasta... Wzdrygnął się na samą myśl, że mogłoby do czegoś takiego dojść. Zdążył przywyknąć do poduszki bezpieczeństwa, jaką stanowiła kryjówka, więc przejście na cokolwiek ''niżej'' byłoby sporym zmartwieniem.
— Wiedziałem, że nasi krewni mają nietypowe umiejętności, ale nie sądziłem, że dożyje momentu, gdy nabędziemy skazę rodową pod tytułem ''podejmujemy bardzo głupie decyzje po skrzacim bimbrze'' — mruknął z nutką ironii w głosie. Świat się zmienił, a Longbottomowie najwyraźniej dotrzymywali mu kroku. Pytanie tylko, czy szli w dobrą stronę. — To prawda, koniec końców uczucie... Jest tego warto. Ale czas to obosieczny miecz. Niby pozwala się zdystansować, ale kiedy rana na nowo się otwiera, odczuwasz wszystko dwa razy mocniej. Jako obecny ty. Jako dawny ty. I dopiero wtedy orientujesz się, że chociaż tak bardzo się zmieniłeś, dorosłeś czy dojrzałeś, to i tak jest taka mała iskierka młodszego ciebie, która odbierze pewne informacje, jakby to wszystko działo się wczoraj.
Otworzył usta, jakby chciał powiedzieć więcej, jednak zaraz się powstrzymał. Chyba wystarczyło, że napomknął dzisiaj o Neilu, nakręcając nieco Morfeusza. Nie chciał go kierować w stronę dalszych rozważań na temat jeszcze innej dawnej miłości. Sam zapewne nie odebrałby zbyt dobrze jakichś zachęt dotyczących Laurence'a Selwyna.
— Oby nam obu udało się koniec końców znaleźć to, czego potrzebujemy w drugiej osobie — kontynuował po dłuższej chwili z lekkim uśmiechem. — Może mamy do tego blisko, może daleko, ale do czegoś trzeba dążyć. To jest, poza kolejną książką do przeczytania na spotkanie klubu mojej siostry.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞