05.07.2024, 22:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.07.2024, 23:17 przez Astaroth Yaxley.)
Gdyby istniał przełącznik, taki super magiczny, dzięki któremu widzielibyśmy wszystko w superlatywach, w samych okazjach, a nie na sposób czarnowidzący... Ciekawe, jak wtedy ukształtowałby się świat, jakby to było być wiecznie szczęśliwym, przeć do przodu i się świetnie przy tym bawić? Brzmiało trochę jak moje dawne życie, więęęc... Gdzie to się zagubiło? Gdzie zapodziało? Czemu tak bardzo niszczyła mnie moja własna śmierć? Teoretycznie niewiele się zmieniło, oprócz tego, że moje serce zamarło i nie mogłem przebywać na słońcu. Czemu więc na to pozwalałem?
Może powinienem dążyć do odbudowania dawnego siebie? Drobny krok po kroku, bo, tak na dobrą sprawę, już poczułem się pewniej, kiedy Laurent przyjął do siebie moją prośbę. Wciąż uczyłem się funkcjonowania wśród żywych jako wampir, a potrzeby miałem niemałe, być może nieskończone, więc to było dla mnie naprawdę wiele, szczególnie kiedy miałem zawierać dłuższe znajomości, może nawet przyjaźnie? Nie chciałem ludziom wzdłuż i wszerz mówić o tym, co mnie spotkało, chwalić] się wampiryzmem, podkreślać, żeby na mnie uważali, ale mogłem dalej ograniczać znajomości i spotkania do tego grona, które było już tego świadome.
Pokiwałem głową z pełną zgodą. Cieszyłem się, że to aprobował. Jakaś nuta nadziei faktycznie we mnie wstąpiła, choć wciąż nie miałem pomysłu na siebie, ale kupię nowy dziennik i zacznę dalej. Obserwować i notować. Drobnymi krokami do przodu. Byłem taki zmotywowany na początku... Nie powinienem się poddawać.
Dziwne, że między mną a Laurentem zachodziło coś... Zachodziła zgoda, nawet nie zgoda, ale bardziej prywatna relacja. Coś na obraz przyjaźni? Poznawaliśmy swoje prawdziwe twarze, co było dołujące i ujmujące - przynajmniej z mojej strony, ale wychodziło z tego więcej dobrego niż złego. Chciałem w tej chwili w to wierzyć i najlepiej wierzyć w to na stałe, bo potrzebowałem więcej życia w życiu, a nie mroku.
- Nikomu nie powiem - powtórzyłem niemalże od razu na jego wyznanie. Nietypowe. Nie znałem nikogo, kto chciałby śpiewać w operze. Raczej nie moje klimaty, chociaż fanem śpiewu Prewetta stałem się już od pierwszego zaśpiewania, do czego niekoniecznie chciałem się przyznawać. Nawet przed samym sobą. Po prostu mnie ten śpiew prześladował, a nie chodził za mną wszędzie.
Trochę podciąłem sobie skrzydła informacją zasłyszaną od Laurenta, że jego znajoma była prawdopodobnie dopiero na początku badań. Zapewne potrwa to... dłużej niż moje opanowanie głodu.
- Skoro jest dopiero na początku, to może lepiej nie zawracać jej głowy - zasugerowałem, starając się przy tym brzmieć naturalnie. Faktycznie, niebo było limitem przy korzystaniu z magii, ale jednak... Byłem tylko człowiekiem, któremu się zmarło, no nie? Tego powinienem się trzymać.
- Dzięki za... to miłe spotkanie i... za to niesamowite przedstawienie. Marzyłem o tym, żeby poczuć promienie słońca, nawet nie wiesz jak bardzo... Dziękuję - odezwałem się zaraz, uśmiechając nawet lekko. Pewnie miałbym delikatnie załzawione oczy ze wzruszenia, gdybym mógł płakać, a tak mogłem przynajmniej zachować nieco godności. Widziałem dziś słońce! Oświetliło moją twarz. Będę miał o czym śnić, kiedy utnę sobie drzemkę, a teraz... Czas gonił, mimo że tego czasu było sporo. - Wybacz, ale mam jeszcze jedną rzecz do zrobienia przed świtem - dodałem i stanąłem nieco niezręcznie. Cóż, ostatecznie skinąłem mu głową na pożegnanie. Nie byłem pewien, czy mój do widzenia, bo... czy się jeszcze spotkamy?
Może powinienem dążyć do odbudowania dawnego siebie? Drobny krok po kroku, bo, tak na dobrą sprawę, już poczułem się pewniej, kiedy Laurent przyjął do siebie moją prośbę. Wciąż uczyłem się funkcjonowania wśród żywych jako wampir, a potrzeby miałem niemałe, być może nieskończone, więc to było dla mnie naprawdę wiele, szczególnie kiedy miałem zawierać dłuższe znajomości, może nawet przyjaźnie? Nie chciałem ludziom wzdłuż i wszerz mówić o tym, co mnie spotkało, chwalić] się wampiryzmem, podkreślać, żeby na mnie uważali, ale mogłem dalej ograniczać znajomości i spotkania do tego grona, które było już tego świadome.
Pokiwałem głową z pełną zgodą. Cieszyłem się, że to aprobował. Jakaś nuta nadziei faktycznie we mnie wstąpiła, choć wciąż nie miałem pomysłu na siebie, ale kupię nowy dziennik i zacznę dalej. Obserwować i notować. Drobnymi krokami do przodu. Byłem taki zmotywowany na początku... Nie powinienem się poddawać.
Dziwne, że między mną a Laurentem zachodziło coś... Zachodziła zgoda, nawet nie zgoda, ale bardziej prywatna relacja. Coś na obraz przyjaźni? Poznawaliśmy swoje prawdziwe twarze, co było dołujące i ujmujące - przynajmniej z mojej strony, ale wychodziło z tego więcej dobrego niż złego. Chciałem w tej chwili w to wierzyć i najlepiej wierzyć w to na stałe, bo potrzebowałem więcej życia w życiu, a nie mroku.
- Nikomu nie powiem - powtórzyłem niemalże od razu na jego wyznanie. Nietypowe. Nie znałem nikogo, kto chciałby śpiewać w operze. Raczej nie moje klimaty, chociaż fanem śpiewu Prewetta stałem się już od pierwszego zaśpiewania, do czego niekoniecznie chciałem się przyznawać. Nawet przed samym sobą. Po prostu mnie ten śpiew prześladował, a nie chodził za mną wszędzie.
Trochę podciąłem sobie skrzydła informacją zasłyszaną od Laurenta, że jego znajoma była prawdopodobnie dopiero na początku badań. Zapewne potrwa to... dłużej niż moje opanowanie głodu.
- Skoro jest dopiero na początku, to może lepiej nie zawracać jej głowy - zasugerowałem, starając się przy tym brzmieć naturalnie. Faktycznie, niebo było limitem przy korzystaniu z magii, ale jednak... Byłem tylko człowiekiem, któremu się zmarło, no nie? Tego powinienem się trzymać.
- Dzięki za... to miłe spotkanie i... za to niesamowite przedstawienie. Marzyłem o tym, żeby poczuć promienie słońca, nawet nie wiesz jak bardzo... Dziękuję - odezwałem się zaraz, uśmiechając nawet lekko. Pewnie miałbym delikatnie załzawione oczy ze wzruszenia, gdybym mógł płakać, a tak mogłem przynajmniej zachować nieco godności. Widziałem dziś słońce! Oświetliło moją twarz. Będę miał o czym śnić, kiedy utnę sobie drzemkę, a teraz... Czas gonił, mimo że tego czasu było sporo. - Wybacz, ale mam jeszcze jedną rzecz do zrobienia przed świtem - dodałem i stanąłem nieco niezręcznie. Cóż, ostatecznie skinąłem mu głową na pożegnanie. Nie byłem pewien, czy mój do widzenia, bo... czy się jeszcze spotkamy?
Koniec sesji