05.07.2024, 23:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.07.2024, 23:50 przez Millie Moody.)
pod sceną - ostatnie przygotowania do występu, od *** na scenie, gadam i wyławiam z tłumu pierwszą ofiarę
Zajebiście... las kurwa rąk... – pomyślała widząc turbo entuzjastyczną reakcję publiczności. To na pewno była kara za coś, nie mogła tylko sobie przypomnieć za co. Nie ważne. Palcami podrapała się oburącz po głowie, zaciskając zęby. Była ostatnią osobą, która powinna to robić. Promowanie Brygady Uderzeniowej, gdzie jest kurwa Erik gdy go potrzeba? Ha, kurwa chujek stał pod sceną, pewnie wziął sobie wolne. Ona w sumie też miała wolne, ale domyśliła się, że po rozpierdolu Beltane ostatnią rzeczą o której ktoś pamiętał było wspomnienie organizatorom, że panna co ma to prowadzić kurwa prawie umarła, wylądowała w wariatkowie i w sumie dobrze, że ten stary dziad (byli rówieśnikami prawda?) Black ją wypuścił. Dzisiaj ran. Z tegoż wariatkowa.
Trzeba było działać szybko, miała już wykurwiście piękna szarą pelerynę, która po wewnętrznej stronie połyskiwała czernią obryzganą tęczowymi plamami (to był jej pomysł? Nie przypominała sobie, ale efekt jej się podobał). Teraz jeszcze... Trzeba było pokazać nogi. Och tak, tryb słodkiej dziewczynki to ją uratuje! Zawsze ratowało, ponieważ od lat w ten sposób radziła sobie w szkole i później z przełożonymi. Słodka kretynka, której nie da się nie lubić. Może i nie umiała za dużo ale kłamaniem zajmowała się przez całe życie. Udawanie, że wszystko jest w porządku. Że wcale nie nadaje się na oddział zamknięty w Lecznicy Zjebanych Dusz.
– Ej Ty! Jebnij mi zamiast tych spodni spódniczuszkę taką szarą do kolan rozkloszowaną! – Rzuciła do jakiegoś gostka z obsługi, bo sama była absolutną dętką w transmutację. Zgodnie z prośbą dostała rozkloszowaną kieckę. Tenisówki i białe skarpetki dopełniały dziewczęcego looku i jeszcze ta piękna lśniąca pelerynka. Można było z tego coś już ulepić. Ach i tak i jeszcze uśmiech. Ściągnęła do tyłu barki wypychając swoją ujemną w numeracji miseczkę stanika do przodu. Twarz aż bolała ją od szerokości tego uśmiechu. Różdżką dotknęła gardła i...
***
– Serdecznie witam w imieniu Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów! – Jej głos brzmiał słodko jak wata cukrowa, która wciąż oblepiała wnętrze jej twarzy, zdobiła kąciki ust i trochę oblepiała powracające do normalności czerni włosy. Wkroczyła na scenę w podskokach, a stanąwszy na jej środku ukłoniła się głęboko zamiatając swoją peleryną deski, jakby była iluzjonistką. Dobry trop.
– Nazywam się Mildred Moody i jestem funkcjonariuszką Brygady Uderzeniowej. Te piękne gwizdki czekają tu na odważnych i głodnych wiedzy samoobrony wykraczającej poza znane i oklepane techniki magiczne! – zupełnie jakby stary dobry wpierdol był jakąś zakazaną wiedzą, no ale musiała jakoś to sprzedać... Popisuj się tym w czym jesteś dobra pomyślała, nie tracąc tempa wypowiedzi, więc różdżka wywinęła zawijasa w dłoni, podrywając z uścisku prowadzącego trzy czerwone pomponiki. Te zawirowały nad jej głową, dźwigając i prezentując lśniące gwizdki z ostrym szpikulcem mogącym z powodzeniem wykłuć oko, wbić się w bark, przebić na wylot dłoń idealnym do dorabiania dziurki w pasku. Pokrążyły nad nią i wkoło niej, aż zagarnęła je do lśniącej peleryny okręcajac się wokół własnej osi.
– Ale zanim zaproszę ochotników na scenę, czeka nas mały pokaz. Gdzieś jednak zagubił się mój nikczemny przeciwnik pragnący okraść mnie z różdżki... – Każdy iluzjonista potrzebuje pięknej asystentki. Dobra dupa rozprasza uwagę, wzrokiem przeskanowała więc okolicę za kimś kto wywołałby odpowiedni efekt, zakazana ale przyciągająca wzrok morda. No i z oczywistych względów to musiał być ktoś znajomy, kto znał jej sytuacje, bo kto kurwa by odmówił dziewczynie co przed chwilą była w śpiączce?! Miała jeszcze chociaż kilka tygodni by rozgrywać tę kartę. Złociste oczy zatrzymały się szybko na lokowanej głowie, a różdżka wzbiła się ponownie w niebo. Nie miała planu, rzeczy następowały jedna po drugiej. Każdy pomysł, który pojawiał się w głowie był dobry bo był. Część kolorowych serpentyn została więc porwana translokacją i jak komety pogalopowały nad osobę Morpheusa Longbottoma by opaść mu na głowę i barki.
– Powitajmy gromkimi oklaskami naszego złoczyńcę! Zapraszam szybciutko na scenę, nie będę czekać na próbę rozboju cały dzień! – rzuciła, nieprzerwanie uśmiechając się i podskakując podczas klaskania, by zachęcić swoją ofiarę swojego spontanicznego partnera w występie. Spokojnie mogła uchodzić za stażystkę zaraz po przyjęciu do pracy.