06.07.2024, 01:13 ✶
Dobry wieczór. Ukryła pobłażliwy uśmiech w różowych płatkach. Nie musiał być taki oficjalny i wcale nie chodziło tutaj o ich własną zażyłość sprzed kilku dni, kiedy to ostentacyjnie rzuciła się w jego ramiona, ani o to, że załatwiała dla niego coś nielegalnego, ale przecież Desmond był przyjacielem jej brata, znali się od lat i widywali tak często i ten dystans wydawał jej się nienaturalny, karykaturalny wręcz. Nie miała zresztą czasu, aby pochylić się nad tym - niewątpliwie interesującym z punktu psychologicznego, lecz bezużytecznym z punktu prawnika zagadnieniem, jakim były osobliwości wpisane w naturę młodego Malfoya - bowiem ten nie omieszkał skomentować bałaganu w jej mieszkaniu. Wprawdzie sama podjęła ten temat, ale zmarszczyła nos, kiedy on go pociągnął i... och, cała złość jej przeszła, kiedy odwróciła się w jego stronę i zobaczyła, jak dziwnie siedzi na jej kanapie, jakby się bał, że jego idealnie wyprasowane (zapewne skrzacimi rączkami) spodnie poplamią się od samego siedzenia i uznała to za całkiem rozczulające.
— Nie wiem, bo nic nie jadłam od rana. Ciastka się nie liczą — westchnęła zbolała, sugestywnie kładąc przy tym dłoń na swoim brzuchu na wysokości żołądka, który na wspomnienie jedzenia zacisnął się przypominająco — Ale jestem w posiadaniu mugolskiego urządzenia zwanego telefonem. W specjalnej księdze, zwanej książką telefoniczną znajduję numery do restauracji i mówię, żeby przywieźli mi jedzenie. I przywożą, a ja przy odbiorze płacę mugolskimi pieniędzmi. Niesamowite, prawda? Masz może ochotę na coś mugolskiego? Pizza na przykład?
Cieplutka, z ciągnącą się mozarellą - nawet jeśli Desmond jej odmówi, Severine i tak postąpi po swojemu. W końcu była u siebie. Piwo? Skinęła głową, powinna mieć jeszcze jakieś piwo schowane w kolejnym mugolskim dobrodziejstwie - lodówce. Wyszła na moment do kuchni i nie wracała z niej przez dłuższą chwilę. Ciszę przerywał tylko jej przytłumiony głos. Podawała komuś swój adres. A może mówiła do siebie? Wreszcie znalazła się na powrót w salonie i wsunęła w ręce chłopaka zimną butelkę, po której spływały wilgotne krople.
— Więc... przyszedłeś po eliksiry wielosokowe — stwierdziła, przyglądając się mu badawczo. Dalej nie rozgryzła po co ich potrzebował i do czego doszło pomiędzy nim i Oleandrem i musiała przyznać, że ta niewiedza okropnie jej uwierała.
— Nie wiem, bo nic nie jadłam od rana. Ciastka się nie liczą — westchnęła zbolała, sugestywnie kładąc przy tym dłoń na swoim brzuchu na wysokości żołądka, który na wspomnienie jedzenia zacisnął się przypominająco — Ale jestem w posiadaniu mugolskiego urządzenia zwanego telefonem. W specjalnej księdze, zwanej książką telefoniczną znajduję numery do restauracji i mówię, żeby przywieźli mi jedzenie. I przywożą, a ja przy odbiorze płacę mugolskimi pieniędzmi. Niesamowite, prawda? Masz może ochotę na coś mugolskiego? Pizza na przykład?
Cieplutka, z ciągnącą się mozarellą - nawet jeśli Desmond jej odmówi, Severine i tak postąpi po swojemu. W końcu była u siebie. Piwo? Skinęła głową, powinna mieć jeszcze jakieś piwo schowane w kolejnym mugolskim dobrodziejstwie - lodówce. Wyszła na moment do kuchni i nie wracała z niej przez dłuższą chwilę. Ciszę przerywał tylko jej przytłumiony głos. Podawała komuś swój adres. A może mówiła do siebie? Wreszcie znalazła się na powrót w salonie i wsunęła w ręce chłopaka zimną butelkę, po której spływały wilgotne krople.
— Więc... przyszedłeś po eliksiry wielosokowe — stwierdziła, przyglądając się mu badawczo. Dalej nie rozgryzła po co ich potrzebował i do czego doszło pomiędzy nim i Oleandrem i musiała przyznać, że ta niewiedza okropnie jej uwierała.