06.07.2024, 10:00 ✶
– Sądzicie, że urodziłam się wczoraj? – spytała Charlotte, mrużąc jasne oczy i spoglądając wciąż na Jonathana. Znała go od zbyt wielu lat, aby nie zdała sobie sprawy z tego, że Selwyn rzuca teraz tymi wszystkimi komplementami tylko po to, aby ją zmiękczyć (jakby sądził, że to może podziałać! Przecież doskonale wiedziała, że ta bluzka jej pasuje, nie potrzebowała żadnych potwierdzeń), i że to opowiadanie o Jessim, do którego to Benji straszliwie się przywiązał, że ich rozdzielenie skończy się tragedią, to część Wielkiego Przedstawienia Jonathana Selwyna nr 10675. – Znalazłeś psa, nie umiałeś go porzucić, a nie chce ci się go samemu wyprowadzać na spacery – oświadczyła chłodnym tonem. To było bardzo w stylu Jonathana: mieć za miękkie serce, aby zostawić szczeniaka samemu sobie, aby być zbyt wygodnym, by wziąć go do siebie. – Jakbyś nie mieszkał wśród mugoli, którzy mają ludzi, jakim za coś takiego się płaci – prychnęła, przenosząc spojrzenie na córkę, która dopadła szczeniaka.
Tak naprawdę Charlotte wiedziała, że sprawa jest już przegrana. Mogła powtarzać, że nie wezmą kota, bo nie ma ochoty sprzątać jego kuwety i że kamienica w magicznym Londynie to nie miejsce dla psów – bo gdzie w końcu wyprowadzać je na spacery? Była w tym nieubłagana, ale postawiona przed faktem dokonanym niewielki miała wybór. Mogła mieć serce z lodu, ale nie chciała przecież łamać serc swoim dzieciom.
– Żaden pies nie zasługuje na to, aby nadawać mu imię Perspehona, Jessie. Nawet jeśli zabawnie byłoby powiedzieć w towarzystwie, że Perspehona znowu zjadła kapcie. Nie jestem aż taką psychopatką, żeby wyrzucić za próg szczeniaka - powiedziała Charlotte z pewną irytacją, opuszczając nóż. - Wyrzuciłabym dramatycznie Jonathana, niestety on nie będzie wtedy moknął smutny i głodny pod naszymi drzwiami, a wróci do swojej bajecznie drogiej kamienicy. Jessie, Rita, wy będziecie wyprowadzać go na spacery. Jeśli o to nie zadbacie, wywiozę go do Doliny Godryka i porzucę pod kuźnią Nordgersimów. Johny, jeżeli on zniszczy mi jakiś mebel, odkupujesz je wszystkie, żeby pasowały do kompletu – powiedziała stanowczo, bo skoro już miała mieć w domu brudne, skamlące i absorbujące zwierzę, które obgryza kapcie i kanapy, to niech sprawcy tego zamieszania się nim zajmują i płacą za szkody. Kompromis, tak?
Tak naprawdę Charlotte wiedziała, że sprawa jest już przegrana. Mogła powtarzać, że nie wezmą kota, bo nie ma ochoty sprzątać jego kuwety i że kamienica w magicznym Londynie to nie miejsce dla psów – bo gdzie w końcu wyprowadzać je na spacery? Była w tym nieubłagana, ale postawiona przed faktem dokonanym niewielki miała wybór. Mogła mieć serce z lodu, ale nie chciała przecież łamać serc swoim dzieciom.
– Żaden pies nie zasługuje na to, aby nadawać mu imię Perspehona, Jessie. Nawet jeśli zabawnie byłoby powiedzieć w towarzystwie, że Perspehona znowu zjadła kapcie. Nie jestem aż taką psychopatką, żeby wyrzucić za próg szczeniaka - powiedziała Charlotte z pewną irytacją, opuszczając nóż. - Wyrzuciłabym dramatycznie Jonathana, niestety on nie będzie wtedy moknął smutny i głodny pod naszymi drzwiami, a wróci do swojej bajecznie drogiej kamienicy. Jessie, Rita, wy będziecie wyprowadzać go na spacery. Jeśli o to nie zadbacie, wywiozę go do Doliny Godryka i porzucę pod kuźnią Nordgersimów. Johny, jeżeli on zniszczy mi jakiś mebel, odkupujesz je wszystkie, żeby pasowały do kompletu – powiedziała stanowczo, bo skoro już miała mieć w domu brudne, skamlące i absorbujące zwierzę, które obgryza kapcie i kanapy, to niech sprawcy tego zamieszania się nim zajmują i płacą za szkody. Kompromis, tak?