Południowe stragany, stoisko Viorici
Ależ on był cholernie dziwnym człowiekiem. Dał Laurentowi do zrozumienia tak mocno, że nic pomiędzy nimi nie będzie, a teraz poczuł w brzuchu takie dziwne uczucie frustracji, kiedy okazało się, że miał dostać za ten dom zapłatę... On nie chciał żadnych pieniędzy, jedynym czego oczekiwał w zamian, było trwanie przy nim i niezostawianie go, zresztą to były identyczne wymagania co te stawiane Alexandrowi, kiedy planował swoje kolejne występy mające rozsławić Fantasmagorię jeszcze mocniej i uczynić ją tak popularną, jak starszy Bell opowiadał mu z zafascynowaniem w głosie te trzy czy cztery lata temu. Czuł się dobrze, spełniając ich zachcianki, wywołując na ich ustach rumieńce i uśmiechy, mogąc wtulić się w ich bok i zasnąć spokojnie z myślą, że może i wykonał ich polecenia po swojemu, ale efekt był tak dobry, żeby to mogło trwać i trwać i trwać...
Uśmiechnął się niezręcznie.
W sumie to pieniądze nie były takie złe. Wyznaczały jakąś wyraźną granicę, pozwalały na nadzieję, że cokolwiek miało między nimi być, nie było z góry skazane na porażkę.
- Ok - odpowiedział krótko, wykorzystując okazję, bo faktycznie dostrzegł w oddali stragan Viorici, więc mógł skinąć mu głową i przyspieszyć lekko, upewniając się tylko czy nie obudziło to śpiącego w koszyku kota. Nie wiedział, jak o tym rozmawiać. Nie wiedział, czy w ogóle chce to robić, a już na pewno nie rozumiał, co powinien czuć. Jedynym czego był dzisiaj pewny, to to, że robił się piekielnie, do bólu wręcz samotny. Codziennie zasypiał sam. Świadomy zniszczenia relacji z bratem i możliwości, że Bletchley już nigdy nie wróci, a on dowie się o jego śmierci, widząc naklejkę na drzwiach mieszkania. Jak on nie wróci, straci jedyną osobę kochają go tak po prostu, w gruncie rzeczy za nic w zamian, przy której nie czuł potrzeby nadwyrężania swojego kręgosłupa, żeby zasłużyć na bliskość. Dziewczyna występująca teraz na scenie była żywym dowodem tego jak bardzo potrzebował cudzej uwagi i jakim potrafił stać się desperatem, kiedy jego potrzeby nie były zaspokojone. Czy nadawał się do bycia przestępcą? Nie. Cyrkowcem? To było lepsze, ale wciąż nie. Do pomagania w rezerwacie i projektach jakiegoś bogacza? Nie. Ale jednocześnie... co innego miałby robić? Z każdej normalnej roboty wywaliliby go od razu, gdyby odważył się przyjść naćpany. Mógł umieć masę rzeczy i mieć olbrzymi potencjał, ale prawda była przecież taka, że gdyby nie miał występować ani budować domów, najpewniej polerowałby teraz blaty i sprzątał wymiociny razem z O'Dwyerem, bo w Kotle dawali sprzątaczkom posiłki pracownicze i nie musiałby sobie gotować.
- Czeeeść Vior - rzucił bardzo wesołym tonem, chociaż przebijało się przez niego zmęczenie. Uniósł w górę wolną dłoń i uśmiechnął się do dziewczyny, zbliżając się do blatu. - Nie przytulę cię, bo się spociłem i strasznie ode mnie jebie. Oh sory, przerwałem wam w czymś? - Zmierzył spojrzeniem odchodzącą Menodorę i Cedrica. - Crow - przedstawił się, podając mu rękę. Gest ten wymagał nieco zaangażowania, bo musiał lewą ręką przytrzymać koszyk wiszący na prawym ramieniu, żeby móc swobodnie podać mu prawą. - A to jest Laurent - skinął głową w kierunku blondyna, nie mając pojęcia czy się znają, chuj ich wszystkich wie. Zdawał sobie sprawę z tego, że pierścionek widniejący na jego palcu był dobrym sygnałem - nie, to nie był jego chłopak. Chyba nigdy nie zaznaczył czegoś tak wyraźnie. - Fajne - skomentował te wszystkie jej wyroby z miną zdradzającą go w tym, jak bardzo miał to w dupie. Ale halo - wspierał swoją jedyną przyjaciółkę, właśnie jej tutaj przyprowadził srokę. Chciał zarzucić jakimś dowcipem, żeby mu nie wiem, wykuła kolczyki do sutków i pępka, ale potrzebował najpierw wyczaić co to za koleś ten Lupin i czy mógł sobie przy nim na to pozwolić. A może powinien stąd po prostu spierdalać? Wystarczyło jedno spojrzenie Zamfir, żeby udał, że widzi coś w oddali i pociągnął tam Prewetta za rękę.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.