Rozejrzała się po placu z ciekawością, bo inaczej go zapamiętała z ostatniego razu. Nie było sceny, tych wszystkich pięknych dekoracji, nie było stolików i tak dalej. Nie przeszkadzało jej, że mogłaby się swoim ubiorem wyróżniać, bo sądziła z początku, ze tak będzie; zdążyła się przyzwyczaić, że przykuwa w Wielkiej Brytanii uwagę swoją urodą: wzrostem, sylwetką, kolorem skóry tak kontrastującym od typowych angielek, rysy twarzy też miała zupełnie inne, nawet jeśli w połowie jej krew była jak najbardziej angielska. Ale jednak srebrna suknia się nie wybijała – nie wyglądała śmiesznie, tylko jakby pasowała tutaj od samego początku (za wyjątkiem może właśnie koloru skóry… cieszyło za to, że akurat na tym polu czarodzieje byli postępowi i nie zwracali na to nadmiernej uwagi, jakby to było coś normalnego).
– Jakkolwiek chciałabym, by było inaczej, to ze smutkiem muszę powiedzieć, że niestety świat nie jest równy dla nikogo. Ludzie od zamierzchłych czasów polegali na hierarchii, jedni nadawali się bardziej do walki, jedni do utrzymywania ogniska domowego, jedni do zarządzania, jedni do rzemiosła i tak dalej. Kapłani, robotnicy, nie można być dobrym we wszystkim, choć oczywiście istnieją jednostki geniuszy – mówiła to spokojnie, jak zawsze. Miała tendencje do rozwodzenia się na różne tematy, a głos stworzony do snucia opowieści. – Ale ludzie zawsze do tego dążyli, do segregacji mniejszej czy większej, nie wiem, czy jest to w ogóle możliwe do zmiany, jeśli jest to zakorzenione głęboko w ludzkiej naturze. Choć oczywiście można próbować. Dla mnie nie ma większego znaczenia kto jest kim, tak długo, jak nikomu nie dzieje się krzywda – dzieci… Z dziećmi było różnie. Jedne od razu wiedziały kim chcą być, tak jak Ginny zawsze to wiedziała, ale były też takie, które dopiero szukały swojego miejsca. Taka segregacja miała swoje złe strony, zgoda, ale miała też i dobre: dawała im pewien start, miejsce, od którego mogli zacząć poszukiwania swojej tożsamości. Może okaże się nietrafione, ale to też informacja, którą można było w coś przekuć? – Nie sądziłam jednak, że w Hogwarcie faktycznie widoczny jest rasizm na tle wyboru domów. Nauczyciele też się w to bawią? Bo w dzieciaki nie wątpię, ale to… jak to się mówi hmm – zawiesiła się na moment, przeszukując głowę po odpowiednie powiedzenie. – Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci? – chyba tak się to mówiło. I rzecz jasna piła do tego, co dzieciaki wynosiły z domu.
Odpowiedź Morpheusa wyraźnie jej zaimponowała, bo aż zamruczała z zadowolenia, kiedy podał jej dokładną ilość schodów i ich biegów, i spodobało jej się, że nie musiała go ciągnąć za język, bo od razu powiedział jej wszystkie inne ciekawostki jak o tym, że mają ruchome schody. Aż jej się oczy zaświeciły. Niby taka pierdoła, ale Nefret interesowała się naprawdę różnymi rzeczami.
– Dla świętego spokoju? – powtórzyła za nim, biorąc do ręki kieliszek, który jej podał. Odwróciła się teraz do Longbottoma tak, by móc na niego patrzeć. – My też mieliśmy swoje obserwatorium, każde dormitorium miało. Dużo i często kazali nam się patrzeć w gwiazdy. Nie ma jednak piękniejszego widoku nieba niż w nocy pośród piasków pustyni i starych, zapomnianych przez czas i ludzi budowli – uśmiechnęła się, przykładając szkło do ust. Najpierw poczuła zapach, nieprzypominający jej nic konkretnego, bo na kwiatach rosnących w Anglii niezbyt się znała, nie pachniało za to żadnym typowym i znanym jej alkoholem.
– Ach… czy powód jest w ogóle ważny? – powód… Dla Ginny nie miało to znaczenia, przyszłaby tutaj z Morpheusem tak czy siak, w końcu w swoim liście był dość tajemniczy i nie miała pojęcia, dokąd w ogóle się wybierają. Gdyby nie chciała go poznać i spędzić z nim czasu, to by jej tutaj nie było, to chyba było jasne dla nich obojga. Gdyby nie była choć trochę zainteresowana, to nie przyjęłaby zaproszenia i to takiego w ciemno. – W dobrym towarzystwie… – zaczęła, ale nie dokończyła, za Morpheusem unosząc kieliszek. Toast… Wysłuchała jego słów i uśmiechnęła się. Wenus… Rzymska bogini miłości; słowa, jakie wypowiedział mężczyzna były tak modlitwą jak i… zaproszeniem? Pobożnym życzeniem, które wcale nie sprawiło, by Guinevere miała chęć uciec spłoszona. – A więc Wenus? – zapytała, upijając łyk drinka, ani razu przy tym nie spuszczając wzroku z Morpheusa, a patrzyła mu właśnie prosto w oczy.