Urlett zdawała sobie sprawę z rozpoznawalności Celine. Nie znaczyło to dla niej wiele. Miała naprawdę dziwne podejście do sztuki. Ceniła klasycznych kompozytorów, ale współcześni artyści jako indywidualne jednostki nie znaczyli dla niej wiele. Wręcz wielu z nich nie doceniała za personalne nadawanie brzmienia. Była bardzo prostą kobietą — jeśli coś nie było zagrane idealnie zgodnie z zapisem, było źle zagrane.
— Z lawendy wąskolistnej lub korzenia kozłka lekarskiego... ale może być też mięta.
Jeśli jednak i pospolite zioło nie gościło w domostwie artystki, zdecydowała się na zieloną. Urlett przywiązywała bardzo dużą wagę do tego, co w siebie wkłada. Dlatego piła najczęściej napary ziołowe, głównie te uśmierzające odwieczny chaos w głowie.
— Nic mi do tego, co będzie pani pić — odpowiedziała swobodnie.
Pianino nie zaskoczyło jej. Przecież to norma, nawet w domach nieposiadających muzyków w swoich ścianach. Mieszkanie bogacza nie liczyło się, jeśli zabrakło w nim wystawnego pianina, ewentualnie innego, równie drogiego i zajmującego miejsce instrumentu. Urlett również miała podobne. Część posagu matki. Chyba jedna z ostatnich kosztowności Gauntów. A i tak wymagała sporej inwestycji, by je odnowić.
Urlett usiadła na fotelu. Nie oparła się, siedziała prosto. Rzuciła krótkie spojrzenie na skrzatkę, potem znów na Celine.
— Jakie propozycje turystyczne dla mnie przygotowałaś, panno Delacour?
Ojciec mógł uprzedzić Celine o formalności języka Urlett, nawet w sytuacjach, które tego nie wymagały. Tak już ją matka wychowała i nie dało się tego zmienić, pomimo wielu zapewnień, że jak najbardziej może zwracać się do niego po prostu Ambroise.