06.07.2024, 22:55 ✶
Zmarszczył czoło na pytanie o to kim Jonathan niby był, bo przecież wiedział, że chodziło o Hamleta, a akurat cytat z Horacego kierowany był do ojca nieszczęsnego księcia, ale chyba przyjacielowi chodziło o coś innego, bo potem zaczął się wymigiwać... Anthony wzruszył więc ramionami i przeszedł ponad tym do porządku, nie chcąc wymuszać powiedzenia żartu, który w najwidoczniej nie był aż tak dobry. W ogóle Anthony nie lubił wymuszać czegokolwiek. To znaczy... lubił mieć rzeczy pod kontrolą, lubił gdy działy się po jego myśli i lubił znać dźwignie, które można było poruszyć by z ust rozmówcy wypadały złociste słowa nagrody. Ale żeby to było od razu wymuszenie?
– Tak tak i te uroki, którymi rzucasz od czasu do czasu to też przez to jaki uroczy jesteś... – powiedział kręcąc głową bez przekonania, bez własnej wiary w to co mówi, ale przypatrywał się szamoczącemu Jonathanowi z rosnącym uczuciem dyskomfortu. Nagle ten cały wypad stał się jakąś podróżą sentymentalną, jakby znów byli w Hogwarcie, tylko fajniej, bo mogli bez problemu pić i robić pod wpływem alkoholu niezbyt mądre rzeczy, jak odwiedziny teatru Selwynów w okolicach północy. A sentymentalne podróże były miłe tak długo jak nie niosły zbyt wielu uczuć, które dawno już temu zostały spalone w imię czegoś lepszego i trwalszego - w imię przyjaźni, która miała przetrwać lata. Z resztą teraz... był Alcuin. Z resztą Jonathan nigdy nie był i nie będzie taki jak on, pogodził się z tym brakiem wzajemności już bardzo dawno temu.
Mimo tego przełknął ślinę, czując pieczenie policzka po tym poklepaniu, ciesząc się na wezwanie do wyjścia na scenę. Kiedyś, dawno, dawno temu fantazjował sobie na temat swojej kariery aktorskiej, przyjemnie było przez moment poudawać z kimś bliskim, że rzeczywiście tym aktorem się jest.
Nie mieli jednak szansy zdecydować się na sztukę, gdy już padła kolejna deklaracja, a ciężkie ręki wyższego towarzysza opadły na barki, wypychając resztki powietrza z płuc. Bardzo, ale to bardzo nie chciał patrzeć mu w oczy, bojąc się, że zdradzi to jakkolwiek przez Selwynem dawną słabość, niedogodność dawno w dołku zgniecioną, ale teraz gdy stali tak blisko.
– Możesz... możesz mówić co chcesz przecież wiesz, od tego są przyjaciele prawda? Żeby sobie pomagać. Mało to głupot musiałem od Ciebie wysłuchiwać przez te lata? Dlaczego nagle teraz masz jakiekolwiek opory? – próbował zażartować, a tak na prawdę stalowe oczy zafiksowały się na nierównym rzędzie guzików. Zacisnął szczękę i nie zauważył nawet kiedy jego dłonie znalazły się przy kołnierzyku. Jeden guzik rozpięty, jeden zapięty. Jeden rozpięty, jeden zapięty. – Wybacz, ale muszę przywrócić Cię do porządku, bo nie mógłbym myśleć, że występujesz na scenie w niechlujnie zapiętej koszuli. – Usprawiedliwiał się. Przecież nie robił nic złego. Nie rozbierał go. Jeden rozpięty, jeden zapięty. – Więc mówiłeś? – zasugerował powrót inicjatywy rozmowy na powrót Jonathanowi.
– Tak tak i te uroki, którymi rzucasz od czasu do czasu to też przez to jaki uroczy jesteś... – powiedział kręcąc głową bez przekonania, bez własnej wiary w to co mówi, ale przypatrywał się szamoczącemu Jonathanowi z rosnącym uczuciem dyskomfortu. Nagle ten cały wypad stał się jakąś podróżą sentymentalną, jakby znów byli w Hogwarcie, tylko fajniej, bo mogli bez problemu pić i robić pod wpływem alkoholu niezbyt mądre rzeczy, jak odwiedziny teatru Selwynów w okolicach północy. A sentymentalne podróże były miłe tak długo jak nie niosły zbyt wielu uczuć, które dawno już temu zostały spalone w imię czegoś lepszego i trwalszego - w imię przyjaźni, która miała przetrwać lata. Z resztą teraz... był Alcuin. Z resztą Jonathan nigdy nie był i nie będzie taki jak on, pogodził się z tym brakiem wzajemności już bardzo dawno temu.
Mimo tego przełknął ślinę, czując pieczenie policzka po tym poklepaniu, ciesząc się na wezwanie do wyjścia na scenę. Kiedyś, dawno, dawno temu fantazjował sobie na temat swojej kariery aktorskiej, przyjemnie było przez moment poudawać z kimś bliskim, że rzeczywiście tym aktorem się jest.
Nie mieli jednak szansy zdecydować się na sztukę, gdy już padła kolejna deklaracja, a ciężkie ręki wyższego towarzysza opadły na barki, wypychając resztki powietrza z płuc. Bardzo, ale to bardzo nie chciał patrzeć mu w oczy, bojąc się, że zdradzi to jakkolwiek przez Selwynem dawną słabość, niedogodność dawno w dołku zgniecioną, ale teraz gdy stali tak blisko.
– Możesz... możesz mówić co chcesz przecież wiesz, od tego są przyjaciele prawda? Żeby sobie pomagać. Mało to głupot musiałem od Ciebie wysłuchiwać przez te lata? Dlaczego nagle teraz masz jakiekolwiek opory? – próbował zażartować, a tak na prawdę stalowe oczy zafiksowały się na nierównym rzędzie guzików. Zacisnął szczękę i nie zauważył nawet kiedy jego dłonie znalazły się przy kołnierzyku. Jeden guzik rozpięty, jeden zapięty. Jeden rozpięty, jeden zapięty. – Wybacz, ale muszę przywrócić Cię do porządku, bo nie mógłbym myśleć, że występujesz na scenie w niechlujnie zapiętej koszuli. – Usprawiedliwiał się. Przecież nie robił nic złego. Nie rozbierał go. Jeden rozpięty, jeden zapięty. – Więc mówiłeś? – zasugerował powrót inicjatywy rozmowy na powrót Jonathanowi.