Geraldine dopuszczała do siebie ludzi dopiero wtedy, kiedy faktycznie poznała ich zamiary, z początku bywała ostrożna, zdystansowana, mrukliwa, z czasem jednak naprawdę zaczynała ufać. Kiedy to się działo, to bywała nieostrożna i trochę naiwna, myślała, że wszyscy podchodzą do takich znajomości, jak ona. Nigdy w życiu nie skrzywdziłaby swoich przyjaciół, w żaden sposób, stawiała ich na piedestale, ich szczęście było dla niej istotniejsze od jej szczęścia. Taki już to był typ człowieka. Nie miała ich jednak wielu, bo pozwalała się do siebie zbliżyć raczej niewielkiej ilości osób. To jej wystarczało.
- Ja tego nie powiedziałam. - Rzuciła jeszcze krótko, żeby nie dopowiadał sobie tego, co nie padło z jej ust. - Nie mam jakichś szczególnych upodobań. - Dodała jeszcze, nie wiedzieć czemu nie chciała, żeby uważał, że ma go za nieatrakcyjnego. Nie o to chodziło, tak naprawdę, czy w ogóle istniał ktoś, kto mógłby się oprzeć tym błękitnym oczom? Pewnie nie. Jednak zamierzała trzymać się od niego z daleka, był pijany, to skreślało jakiekolwiek rozważania na ten temat, przynajmniej dopóki nie wytrzeźwieje.
Usłyszała jego entuzjazm w głosie. Jak widać bajki o księżniczkach zawsze pomagały, nawet jeśli to mężczyzna miał być jedną z nich, a ona jego rycerzem. Najwyraźniej dobrze wyczuła sytuację. - Dobrze, ty się o to postarasz, a ja tego dopilnuję. - Powiedziała z uśmiechem. Nie wiedzieć czemu czuła, że uda jej się go jakoś doprowadzić do domu, bez żadnych strat, chciał współpracować, a to już było całkiem sporo.
- Znam, znam tę bajkę. - Geraldine dosyć często bywała w mugolskim świecie, spotykała na swojej drodze wiele różnych osób i wysłuchiwała historii. Kojarzyła również niektóre z książek dla dzieci.
- Gdzie są twoje wredne siostry? - Zapytała jeszcze, może istniał jakiś powód dla którego wybrał właśnie tę historię, właściwie to ją to nawet zaciekawiło.
- Tak, napiszemy takie zakończenie, w którym książę wie, gdzie mieszka księżniczka, nie będzie musiał szukać jej po pantofelku, no i nie będzie w niej pewnie żadnych pocałunków. - Powiedziała jeszcze spokojnym tonem, żeby wiedział, na co powinien się szykować. Panna Yaxley nie była osobą, która wierzyła w szczęśliwe zakończenia, życie dosyć mocno ją weryfikowało.
Obserwowała go, kiedy zastanawiał się nad adresem. Miała wrażenie, że nie będzie w stanie sobie przypomnieć, może nie mieszkał tu zbyt długo, albo po prostu był taki pijany. Różne mogły być powody, w końcu jednak to z siebie wydusił.
- Dobrze więc, wiem gdzie to jest. - Podeszła do niego o krok bliżej. Wyciągnęła lewą rękę w kierunku jego dłoni. - Zaprowadzę cię tam. - Wydawało jej się, że to będzie najprostsze rozwiązanie, nie zapytała go o to, czy może go złapać za dłoń po prostu to zrobiła. Teraz na pewno go nie zgubi, ani jej się nie przewróci.