Anthony przedstawił ją całkiem ładnie, zastanawiała się o co chodzi tym wszystkim starszym typom, nie był on pierwszą osobą, która porównywała ją do greckiej bogini... Może w ich czasach mówiąc o kimś w ten sposób można było zyskać aprobatę? Kto ich tam wiedział, ale wujek Erika zrobił kiedyś to samo, bardzo dobrze pamiętała tamten wieczór, gdy poznała go bliżej.
Przeniosła wzrok na dwie obce osoby, które znajdowały się przy stoliku. Jej umiejętność rodowa się odezwała. Miała do czynienia z wiłą, ta słodka blondynka mogła ich wszystkich tutaj zaczarować, na szczęście ona zdawała sobie z tego sprawę, nie mówiła o tym w głos, bo po co. Na Lorraine więc zawiesiła swoje spojrzenie na dłużej. Później spojrzała jeszcze na gościa zza granicy, czuła, że z nim też coś jest nie tak, nie był sobą, ciekawe.
Cóż, wiadomo jak to bywa z kartami... Los nie zawsze sprzyjał tym, którzy w nie grali. Nie, żeby specjalnie przeszkadzało to pannie Yaxley. Nie przyszła tu po to by wygrywać. Mrugnęła w między czasie do Erika uśmiechając się przy tym od ucha do ucha, jakby faktycznie wiedziała co robi, chociaż tak nie było. Wymieniła trzy karty, nie byłaby jednak sobą, gdyby nie wyrównała stawki.
Wzięła w ręce kolejne karty, przyglądała się im uważnie, na jej twarzy można było dostrzec rzadko widoczny wyraz skupienia, raczej mało kto mógł widzieć myślącą Geraldine Yaxley.
Ponownie poprosiła o wymianę karty i wyrównała stawkę. Niby mówili o tym, że kto nie miał szczęścia w miłości, jak to możliwe, że ona nie miała go ani w jednej, ani w drugiej dziedzinie?
Przeniosła jeszcze wzrok na Eden, ciekawa trochę jak ona sobie radzi w tych kartach, zastanawiała się, czy bardzo sromotnie przegra z nimi wszystkimi. Nie, żeby to ją jakoś specjalnie martwiło.