07.07.2024, 18:40 ✶
- Blisko?- Zamrugała, zupełnie jakby dopiero teraz to do niej dotarło. Rzeczywiście obie kamienice dzielił może kwadrans spaceru? I to wyjątkowo spokojnego, biorąc pod uwagę ładną pogodę, którą należało się cieszyć. Nigdy nie poświęcała temu uwagi, bo prawdę mówiąc… nigdy nie przyszło jej do głowy, że mogłaby mieszkać daleko od rodziców. Dziwaczna tęsknota za domem sięgała dalej: aż na słoneczną Sycylię, którą znała z opowieści i młodzieńczych wspomnień. Uniosła kąciki ust. - Tak naprawdę wybrałam twojego wuja, żebym mogła częściej wpadać na kawę. Ale nie mów nikomu.- Zażartowała, zniżając głos do konspiracyjnego szeptu.
Chwila, moment. Czy pani Mulciber insynuowała, jakoby w świecie czystokrwistej socjety można było mieć względnie zdrowe relacje z rodzicami?
Nie zdążyła mu odpowiedzieć na te zapewnienia ani dorzucić jakiś dalszych porad, bo już otworzyły się drzwi wejściowe.
- Panienka Lorien!- Pisnęła skrzatka, ubrana w coś co wyglądało jak wykrochmalona poszewka na poduszkę z irracjonalnie dużymi falbanami, które plątały się u kolan służącej, utrudniając poruszanie się. Trzymała z trudem dużą porcelanową wazę - obiekt, który najwyraźniej spowodował cały ten trzask.
- My tylko na moment. Nawet nie musisz info…
- GENTILE SIGNORA ADELINE! SUA FIGLIA È ARRIVATA!- Krzyknęła skrzatka w głąb domu, kompletnie nie przejmując się słowami Lorien. Odstawiła przy okazji wielką wazę obok przepuszczając gości i wskazując chudą łapką drogę.
Charlie mógł dostrzec jak ciotce drgnęła lekko powieka. Jak zawsze, kiedy coś ją irytowało, ale starała się zachować pozory spokoju. Kwiat lotosu na tafli cholernego jeziora. Czarownica wzięła głęboki oddech i poklepała go lekko po ramieniu, starając się robić dobrą minę do złej gry. Czyli jednak najpierw spotkanie z panią babką. Czy ona zdążyła mu powiedzieć, żeby do Adeline pod żadnym pozorem nie mówił babko? Nie była pewna. Chyba. Może? Teraz już było na to zbyt późno.
Lorien zaprowadziła go do salonu, który… w niczym nie przypominał klasycznych, pełnych przepychu, skórzanych i ciężkich mebli, w których tak lubowali się czystokrwiści czarodzieje. Przez okna zajmujące większą część zewnętrznej ściany wpadało ciepłe słoneczne słońce. W dodatku wewnętrzny dziedziniec,, na który wychodziły musiał kosztować majątek i miesiące pracy. Kwitnące wrzosy i lawenda, winorośle, które nie miały prawa przetrwać w londyńskich warunkach. Wyraźnie zadbano by stworzyć tu małe Włochy, ku uciesze gospodyni. Pani Prewett zresztą stanęła w drzwiach do ogrodu. W rękach trzymała najnowsze wydanie Czarownicy. Zsunęła na czubek nosa swoje okulary przeciwsłoneczne. Nie podeszła bliżej, z ewidentnym zamiarem wrócenia do swoich zajęć.
- Mamma… To jest Charlie… - zawahała się przez moment, szukając odpowiedniego określenia. Ostatecznie uznała, że nie ma co komplikować specjalnie relacji rodzinnych. Obawiała się, że Adeline mogłaby nie zrozumieć jej klasycznego "prawie-że-bratanek" -... bratanek mojego męża.
- Mingherlino.- Stwierdziła tylko kobieta, taksując Charliego spojrzeniem.- Un po' così, senza carattere.
- Mamo. Angielski, proszę. On nie rozumie. - Podkreśliła jeszcze Lorien, popychając ostrożnie chłopaka do przodu. No idźże, daj jej te głupie kwiatki. - Zresztą... Przyszliśmy tylko po kilka rzeczy. Nie przejmuj się na…
- Hmpf “angielski”. Już niczego pożytecznego tych dzieciaków nie uczą!- prychnęła Adeline, składając gazetę w pół i zamykając za sobą drzwi balkonowe. Najwyraźniej przerywanie Lorien było czymś na porządku dziennym, bo ta już nawet nie zwróciła na to uwagi. Zamiast tego tylko niemal bezgłośnie westchnęła, czując powoli narastający ból głowy. Zapowiadało się całkiem długie popołudnie.
Chwila, moment. Czy pani Mulciber insynuowała, jakoby w świecie czystokrwistej socjety można było mieć względnie zdrowe relacje z rodzicami?
Nie zdążyła mu odpowiedzieć na te zapewnienia ani dorzucić jakiś dalszych porad, bo już otworzyły się drzwi wejściowe.
- Panienka Lorien!- Pisnęła skrzatka, ubrana w coś co wyglądało jak wykrochmalona poszewka na poduszkę z irracjonalnie dużymi falbanami, które plątały się u kolan służącej, utrudniając poruszanie się. Trzymała z trudem dużą porcelanową wazę - obiekt, który najwyraźniej spowodował cały ten trzask.
- My tylko na moment. Nawet nie musisz info…
- GENTILE SIGNORA ADELINE! SUA FIGLIA È ARRIVATA!- Krzyknęła skrzatka w głąb domu, kompletnie nie przejmując się słowami Lorien. Odstawiła przy okazji wielką wazę obok przepuszczając gości i wskazując chudą łapką drogę.
Charlie mógł dostrzec jak ciotce drgnęła lekko powieka. Jak zawsze, kiedy coś ją irytowało, ale starała się zachować pozory spokoju. Kwiat lotosu na tafli cholernego jeziora. Czarownica wzięła głęboki oddech i poklepała go lekko po ramieniu, starając się robić dobrą minę do złej gry. Czyli jednak najpierw spotkanie z panią babką. Czy ona zdążyła mu powiedzieć, żeby do Adeline pod żadnym pozorem nie mówił babko? Nie była pewna. Chyba. Może? Teraz już było na to zbyt późno.
Lorien zaprowadziła go do salonu, który… w niczym nie przypominał klasycznych, pełnych przepychu, skórzanych i ciężkich mebli, w których tak lubowali się czystokrwiści czarodzieje. Przez okna zajmujące większą część zewnętrznej ściany wpadało ciepłe słoneczne słońce. W dodatku wewnętrzny dziedziniec,, na który wychodziły musiał kosztować majątek i miesiące pracy. Kwitnące wrzosy i lawenda, winorośle, które nie miały prawa przetrwać w londyńskich warunkach. Wyraźnie zadbano by stworzyć tu małe Włochy, ku uciesze gospodyni. Pani Prewett zresztą stanęła w drzwiach do ogrodu. W rękach trzymała najnowsze wydanie Czarownicy. Zsunęła na czubek nosa swoje okulary przeciwsłoneczne. Nie podeszła bliżej, z ewidentnym zamiarem wrócenia do swoich zajęć.
- Mamma… To jest Charlie… - zawahała się przez moment, szukając odpowiedniego określenia. Ostatecznie uznała, że nie ma co komplikować specjalnie relacji rodzinnych. Obawiała się, że Adeline mogłaby nie zrozumieć jej klasycznego "prawie-że-bratanek" -... bratanek mojego męża.
- Mingherlino.- Stwierdziła tylko kobieta, taksując Charliego spojrzeniem.- Un po' così, senza carattere.
- Mamo. Angielski, proszę. On nie rozumie. - Podkreśliła jeszcze Lorien, popychając ostrożnie chłopaka do przodu. No idźże, daj jej te głupie kwiatki. - Zresztą... Przyszliśmy tylko po kilka rzeczy. Nie przejmuj się na…
- Hmpf “angielski”. Już niczego pożytecznego tych dzieciaków nie uczą!- prychnęła Adeline, składając gazetę w pół i zamykając za sobą drzwi balkonowe. Najwyraźniej przerywanie Lorien było czymś na porządku dziennym, bo ta już nawet nie zwróciła na to uwagi. Zamiast tego tylko niemal bezgłośnie westchnęła, czując powoli narastający ból głowy. Zapowiadało się całkiem długie popołudnie.