07.07.2024, 21:12 ✶
Basilius trochę minimalizował ich zasługi, zważywszy na to, że gdy wydostawali się z tunelu, to dzięki niemu i Millie nie zginęli – ale Brenna znała opowieść zaledwie w bardzo ogólnych zarysach, nie za bardzo więc miała szansę się wykłócać w kwestii tego, że sobie umniejszał.
– Może. A może po usunięciu czarnej magii sam by się wydostał – mruknęła, też odwracając wzrok. Życie za życie.
Była zła na siebie. Zła, że gdy sprawa czaszki trafiła od nich do Departamentu Tajemnic, nie próbowała grzebać w niej głębiej: zrobiłaby to normalnie, ale to było tuż przed Beltane i po uderzeniu Voldemorta nawet czarnoksiężnik z mokradeł stracił znaczenie, zwłaszcza że i tak był martwy. Zła, że nocą nie upierała się bardziej, że nie wyrwała tej czaszki z trawy. Zła, że gdy rośliny nie została na kempingu – aurorzy nie potrzebowali wsparcia, a może jednak była szansa na uratowanie Robertsa?
– Dzięki, ale to żmudna, brygadowa robota – powiedziała, zmuszając się do uśmiechu i zwracając spojrzenie z powrotem ku niemu. – Sprawdzenie rejestrów wynająć domków, kto się odmeldował, kogo stąd wyrzuciliśmy…
Przyjrzenie się tym wszystkim szczątkom, bo może miały przy sobie jakieś rzeczy, zabranie ich do patologa, próba obejrzenia ich śmierci za pomocą widmowidzenia.
Siedziała bardzo grzecznie, gdy oczyszczał zranienia na dłoniach, powstrzymała nawet to słynne „a nie mówiłam?” i zdołała nawet nie uśmiechnąć się triumfująco. Oczywiście, w istocie Basilius miał trochę racji, bo jej kolana były w gorszym stanie niż ręce, ale nie zamierzała o tym uzdrowicielowi wspominać, bo te opatrunki mogła wymienić sama i wciąż miała odpowiednią maść na obrażenia od Cedrica. A on zdecydowanie powinien odpocząć.
– Jesteś uzdrowicielem. Policjant zawsze musi dopatrywać się zbrodni, uzdrowiciel zranień – zażartowała, cofając dłonie. Spoważniała jednak dość szybko, ledwo zaczął mówić o biskupie Athlewoldzie i Trionie. Nie tylko wysłuchała go w milczeniu, ale też milczała chwilę po tym, jak skończył: zastanawiając się, ile mogła mu powiedzieć, i jak ubrać to wszystko w słowa. Przypadkowej osobie pewnie nie powiedziałaby niczego: ale Basilius zasługiwał na wyjaśnienia. O czaszce jednak wspomnieć nie mogła – to był sekret, który miał pochłonąć mrok Departamentu Tajemnic.
Kocham te ziemie bardziej niż własne życie, szepnęła do niej Triona gdzieś z przeszłości, echo wpisane w prawidła tutejszej magii.
– Myślę, że wykorzystał nie tylko własną magię i jej życie… to zaklęcie… wydaje mi się, że to była… jakby bardzo potężna wersja protego amare – westchnęła w końcu, powstrzymując w ostatniej chwili odruch szarpnięcia za kosmyk włosów, przypominając sobie, że ma przecież pokaleczone dłonie. – Czarnoksiężnik zepsuł zaklęcie. W lesie było źródło jego własnego czaru, a aurorzy je usunęli.
Czaszka, wypełniona duszami. Ale Brenna nie bez powodów denerwowała się, że Sebastian o niej wspomniał: milczała więc, nieświadoma, że Basilius już zna tę część od Isaaca.
– Sam winny przynajmniej nie powinien stanowić już zagrożenia. Jeśli się nie mylę, Departament dopadł go jakiś czas temu.
Rozerwane szczątki na stopniach mauzoleum: przynajmniej dostał to, co zasłużył, a oni nie przyłożyli do tego ręki.
– Może. A może po usunięciu czarnej magii sam by się wydostał – mruknęła, też odwracając wzrok. Życie za życie.
Była zła na siebie. Zła, że gdy sprawa czaszki trafiła od nich do Departamentu Tajemnic, nie próbowała grzebać w niej głębiej: zrobiłaby to normalnie, ale to było tuż przed Beltane i po uderzeniu Voldemorta nawet czarnoksiężnik z mokradeł stracił znaczenie, zwłaszcza że i tak był martwy. Zła, że nocą nie upierała się bardziej, że nie wyrwała tej czaszki z trawy. Zła, że gdy rośliny nie została na kempingu – aurorzy nie potrzebowali wsparcia, a może jednak była szansa na uratowanie Robertsa?
– Dzięki, ale to żmudna, brygadowa robota – powiedziała, zmuszając się do uśmiechu i zwracając spojrzenie z powrotem ku niemu. – Sprawdzenie rejestrów wynająć domków, kto się odmeldował, kogo stąd wyrzuciliśmy…
Przyjrzenie się tym wszystkim szczątkom, bo może miały przy sobie jakieś rzeczy, zabranie ich do patologa, próba obejrzenia ich śmierci za pomocą widmowidzenia.
Siedziała bardzo grzecznie, gdy oczyszczał zranienia na dłoniach, powstrzymała nawet to słynne „a nie mówiłam?” i zdołała nawet nie uśmiechnąć się triumfująco. Oczywiście, w istocie Basilius miał trochę racji, bo jej kolana były w gorszym stanie niż ręce, ale nie zamierzała o tym uzdrowicielowi wspominać, bo te opatrunki mogła wymienić sama i wciąż miała odpowiednią maść na obrażenia od Cedrica. A on zdecydowanie powinien odpocząć.
– Jesteś uzdrowicielem. Policjant zawsze musi dopatrywać się zbrodni, uzdrowiciel zranień – zażartowała, cofając dłonie. Spoważniała jednak dość szybko, ledwo zaczął mówić o biskupie Athlewoldzie i Trionie. Nie tylko wysłuchała go w milczeniu, ale też milczała chwilę po tym, jak skończył: zastanawiając się, ile mogła mu powiedzieć, i jak ubrać to wszystko w słowa. Przypadkowej osobie pewnie nie powiedziałaby niczego: ale Basilius zasługiwał na wyjaśnienia. O czaszce jednak wspomnieć nie mogła – to był sekret, który miał pochłonąć mrok Departamentu Tajemnic.
Kocham te ziemie bardziej niż własne życie, szepnęła do niej Triona gdzieś z przeszłości, echo wpisane w prawidła tutejszej magii.
– Myślę, że wykorzystał nie tylko własną magię i jej życie… to zaklęcie… wydaje mi się, że to była… jakby bardzo potężna wersja protego amare – westchnęła w końcu, powstrzymując w ostatniej chwili odruch szarpnięcia za kosmyk włosów, przypominając sobie, że ma przecież pokaleczone dłonie. – Czarnoksiężnik zepsuł zaklęcie. W lesie było źródło jego własnego czaru, a aurorzy je usunęli.
Czaszka, wypełniona duszami. Ale Brenna nie bez powodów denerwowała się, że Sebastian o niej wspomniał: milczała więc, nieświadoma, że Basilius już zna tę część od Isaaca.
– Sam winny przynajmniej nie powinien stanowić już zagrożenia. Jeśli się nie mylę, Departament dopadł go jakiś czas temu.
Rozerwane szczątki na stopniach mauzoleum: przynajmniej dostał to, co zasłużył, a oni nie przyłożyli do tego ręki.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.