07.07.2024, 23:17 ✶
– Hmmm... obczaję ją sobie, bo chyba nigdy nie trafiłyśmy na siebie, albo nigdy tak wiesz... tak żeby mi to utkwiło w pamięci. – Ludzie przychodzili i odchodzili tak to bylo w tej robocie. Jednego dnia ten, drugiego tamten. Jeśli ktoś nie był w najbliższym kręgu Millie (to był obszerny krąg, ale zawsze ograniczony after all miejscem), to bardzo łatwo przychodziło jej zapominanie tak twarzy jak i imion. Stety niestety. Nie tylko to przychodziło jej łatwo zapomnieć. A inne rzeczy przylepiały się jak gówno do glana.
Nic nie powiedziała na wspomnienie Beltane z perspektywy Geraldine, bo sama chujowo cokolwiek pamiętała. Wrażenie. Strach. Ciemność. To wciąż kłębiło się w niej. Wciąż nie była pewna jak te puzzle by się poskładały i co do kurwy nędzy tak na prawdę tamtego dnia się z nią wydarzyło. Alastor obiecywał jej, że kiedyś to poukładają. Alastor obiecywał jej też, że teraz wszystko się zmieni i będzie miał dla niej więcej czasu. W tym momencie, w tej chwili, gdy siedziała obok Geraldine, mimo faktu, że na Lammas zniknął jak zawsze w tłumie z powodu pracy, a potem tak długo nie wracał, że zdążyła skoczyć z Brenną na drugi koniec Anglii i z powrotem i nikt nie zauważył różnicy... Wtedy gdy siedziała z Geraldine jeszcze w to wierzyła. Jeszcze.
Dalsze słowa przyjaciółki rozjebały ją na łopatki. Zagarnęła dłonią złożoną na karku jej głowę do swojej głowy, jej czoło do swojego czoło.
– Od zawsze na zawsze. – powtórzyła cicho, uśmiechając się jednak szeroko, mając oczy szeroko zamknięte, licząc na to, że ściśnięte gardło gdy to mówiła nie sprawi, że Geraldine pomyśli o niej że zmiękła w tej pieprzonej lecznicy. Znaczy... zmiękła. Była kurwa słaba. Cały czas nie była pewna czy widzi to co widzi, w sensie wiedziała że widzi to co widzi, ale czy to było prawdziwe to już chuj wiedział, a sama swojego nie posiadała, co było pewnym problemem.
Obie mierzyły się ze swoimi problemami i chodź czereśnie był zjedzone i rozmowa miała być szczera, to ostatecznie znalazły ukojenie w tym w czym zawsze znajdowały – w pajacowaniu. Bo Mildred oczywiście że chciała być cisnięta przez Geraldine, a Geraldine dwa razy nie trzeba było powtarzać by to zrobić. Bo oczywiście włamały się do barku Bertiego chichocząc jak trzynastolatki, a nie stateczne trzydziestolatki. Bo ganiały się finalnie po ogrodzie, gdy Milie udawała zwierzynę, a Ger bez pudła dopadała do niej kotłując się z przyjaciółką po trawie. I choć nie rozwiązały swoich problemów obie rozstały się z lżejszą głową i poczuciem dobrze spędzonego czasu. I obietnicą rychłego spotkania w Windermere. Ale to już opowieść, która zadziała się na innych stronach wielkiej kroniki Sekretów Londynu...
Nic nie powiedziała na wspomnienie Beltane z perspektywy Geraldine, bo sama chujowo cokolwiek pamiętała. Wrażenie. Strach. Ciemność. To wciąż kłębiło się w niej. Wciąż nie była pewna jak te puzzle by się poskładały i co do kurwy nędzy tak na prawdę tamtego dnia się z nią wydarzyło. Alastor obiecywał jej, że kiedyś to poukładają. Alastor obiecywał jej też, że teraz wszystko się zmieni i będzie miał dla niej więcej czasu. W tym momencie, w tej chwili, gdy siedziała obok Geraldine, mimo faktu, że na Lammas zniknął jak zawsze w tłumie z powodu pracy, a potem tak długo nie wracał, że zdążyła skoczyć z Brenną na drugi koniec Anglii i z powrotem i nikt nie zauważył różnicy... Wtedy gdy siedziała z Geraldine jeszcze w to wierzyła. Jeszcze.
Dalsze słowa przyjaciółki rozjebały ją na łopatki. Zagarnęła dłonią złożoną na karku jej głowę do swojej głowy, jej czoło do swojego czoło.
– Od zawsze na zawsze. – powtórzyła cicho, uśmiechając się jednak szeroko, mając oczy szeroko zamknięte, licząc na to, że ściśnięte gardło gdy to mówiła nie sprawi, że Geraldine pomyśli o niej że zmiękła w tej pieprzonej lecznicy. Znaczy... zmiękła. Była kurwa słaba. Cały czas nie była pewna czy widzi to co widzi, w sensie wiedziała że widzi to co widzi, ale czy to było prawdziwe to już chuj wiedział, a sama swojego nie posiadała, co było pewnym problemem.
Obie mierzyły się ze swoimi problemami i chodź czereśnie był zjedzone i rozmowa miała być szczera, to ostatecznie znalazły ukojenie w tym w czym zawsze znajdowały – w pajacowaniu. Bo Mildred oczywiście że chciała być cisnięta przez Geraldine, a Geraldine dwa razy nie trzeba było powtarzać by to zrobić. Bo oczywiście włamały się do barku Bertiego chichocząc jak trzynastolatki, a nie stateczne trzydziestolatki. Bo ganiały się finalnie po ogrodzie, gdy Milie udawała zwierzynę, a Ger bez pudła dopadała do niej kotłując się z przyjaciółką po trawie. I choć nie rozwiązały swoich problemów obie rozstały się z lżejszą głową i poczuciem dobrze spędzonego czasu. I obietnicą rychłego spotkania w Windermere. Ale to już opowieść, która zadziała się na innych stronach wielkiej kroniki Sekretów Londynu...
Koniec sesji