Całe szczęście Regina nie potrafiła czytać w myślach napotykanych ludzi, bo nad wyraz często myśleli o niej, jako o atakującym olbrzymie lub pół. Speszona swoim wzrostem i tym, co o nim myśleli ludzie, mogła stać się dużo mniej przyjazna, niż była.
Nie schowała różdżki, za to uniosła ją i rzuciła zaklęcie oświetlające, dzięki któremu mogła przyjrzeć się mężczyźnie. Nie wyglądał najzdrowiej i nie chodziło tylko o bladą cerę, ale niepokojąco czerwone oczy.
— Kwiatów? — spytała żywo zaciekawiona i natychmiast przyklęknęła, by znaleźć to, o czym mówił.
Rzeczywiście na wyciągnięcie ręki łąkę porastało wiele dziwnych żółtych kwiatów. Dotknięcie ich płatków skutkowało uwolnieniem ledwie dostrzegalnego pyłku, na co Regina wstrzymała oddech i zaczerpnęła powietrze, dopiero kiedy się wyprostowała.
— Ciekawe. — mruknęła pod nosem i zerknęła na Castiela. — Te wielkookie stwory to lunaballe i są całkowicie niegroźne. Jestem szczerze zainteresowana, co takiego zrobiłeś, że tak blisko do ciebie podeszły i jeszcze z tobą zasnęły.
Tak, kiedy w grę wchodziły zwierzęta, być może odkrycie czegoś nowego, Regina zapominała o manierach czy też podstawowych zasadach porozumiewania się ludźmi.
— Hm? A tak, Regina. — wyciągnęła w jego stronę dłoń do uścisku. — Regina Rowle, fascynuje się magicznymi stworzeniami, w tym i tymi wielkookimi potworami, z którymi miałeś do czynienia. Więc powiesz mi, co takiego zrobiłeś, że się ciebie nie bały? Tylko te kwiaty czy może rzucałeś jakiś czar...
Olbrzymka od razu zaczęła się zastanawiać czy ma do czynienia z jakimś początkującym magizoologiem. Jednak biorąc pod uwagę, jak nazwał lunaballe, musiał być amatorem fantastycznych stworzeń lub znalazł się tutaj całkowitym przypadkiem. Jeżeli to drugie było prawdą to, co takiego tutaj robił? Badawcze spojrzenie zaczęło przesuwać się po twarzy Castiela, jakby prawda miała ukazać się właśnie tam i to pod wpływem odpowiednio natarczywego patrzenia.