07.07.2024, 23:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.07.2024, 00:12 przez Samuel McGonagall.)
Samuel był koszmarnie przerażony.
I to słowo był, zapewne okazało się kluczowe. Albowiem kiedy dotarł na miejsce, powtarzając sobie w głowie, że na pewno nie będzie aż tak źle jak na tym nieszczęsnym śniadaniu sprzed kilku tygodni, z którego uciekł upokorzony własną, jak się miało okazać, głupotą i krótkowzrocznością. Brakiem empatii. Brakiem zrozumienia uczuć ukochanej. Teraz miał być pewien jej uczuć, wszak ciągle mu o nich mówiła. Teraz miał być pewien okoliczności, chociaż wciąż wewnętrznie drżał. Kojarzył już tych ludzi, przyjaciół Longbottomów, przyjaciół Brenny. Ale bał się ich oceny, bał się pytań, bał się, że przyniesie Norze wstyd. Bał się przeraźliwie.
Był przerażony zanim tu przyszli.
Ale teraz gdy stali przy ognisku, to nie bał się wcale. Obracał w palcach muszlę, zastanawiając się czy to cudowne maleństwo nie było jakimś amuletem kojącym umysł. A może to spokój Nory i jej wspaniały uśmiech i to że chyba, nie był pewien, ale tak mu się zdawało, że jest bardzo zadowolona, że z nim tu jest. Że rzeczywiście chciała go przedstawić swoim bliskim. Że to czego bał się najbardziej na świecie, było tylko strachem. To było miłe, czuł się tak, jakby cały czas miał w dłoniach kubek kakao zrobiony dłońmi panny Figg, a kiedyś, niedługo... pani McGonagall. Być może. Tak mu się zdawało, choć jego matka nie przejęła nazwiska ojca. Być może powinien o tym z Norą porozmawiać potem, jak ona chciał zrobić, ale może nie teraz. Nie kiedy były ważniejsze sprawy na głowie.
Zabawne, wydawało mu się, że będzie się trząsł, że teraz, gdy to było celowe, takie przemyślane to będzie trudniej niż wtedy w kuchni z impulsem. A jednak. Spokój ukorzeniał się w jego sercu, pokrywał wiekowe, spękane gałęzie lasu, pokrywał tętno, które teraz równomiernie rozprowadzało krew dotlenioną miłością do Nory i jej małej córeczki.
– Mm... Bardzo. Prawie, jest prawie doskonale... – oblizał wargi, które powinny być zaschnięte, serce powinno mu wyskoczyć z piersi, gdy władował rękę do kieszeni spodni. – Bo wiesz bo... bo ja źle zrobiłem, bo dałem Ci no wiesz no wtedy... nić i teraz tak jakby... ee... no nie jest doskonale, skoro nie widać, nie masz... nie masz mojej obietnicy na swoim palcu. Czy coś. – Przełknął ślinę. Już powiedziała tak. To nie powinno być takie trudne. Ścisnął jej dłoń mocniej i pochylił się by oprzeć czoło o ramię, by schować nos w załom szyi, by chłonąć słodycz i zapach w którym teraz mógł zasypiać i budzić się każdego dnia. – Pomyślałam, że może... może byś chciała no nie wiem... może chciałabyś coś trwalszego niż pióro? – Zapytał łaskocząc oddechem jej szyję, a potem podsunął pod nos niewielkie pudełeczko z równie niewielką, ale dość istotną zawartością.
– Co... co myślisz? To ja wiem, to nie diament czy inna rzecz wydarta ziemi. Kawałek żywicy, ale ma taką minimini runę wzmacniającą i... pomyślałem, że to dobry... lepszy wiesz no kamień, bo to z drzewa pod którym no... Ty, ja... wiesz. – odchrząknął. Było to prostsze do osiągnięcia niż zaklęcie w kamień jeziornej wody, gdzie pierwszy raz się całowali. – I te czerwone to... za każdy rok bez siebie. Osiem. He. Co dziesięć lat jedno z nich będzie się zielenić mm... w rocznicę ślubu. To na pewno nie zapomnimy, że ta była ważna. Bo co dziesięć jest ważna prawda? – zmarszczył czoło w zastanowieniu, bo tak właśnie tłumaczono mu tą sztuczkę, ale nie był pewien. Dla niego każdy dzień z Norą był ważny, tak na prawdę w ogóle by nie obchodził rocznic, podobnie jak urodziny były dla niego mało istotne, czy inne święta ku chwale kogokolwiek i czegokolwiek. Ale wiedział pod skórą, że to ważne, żeby się nauczyć, że jednak nawet jak dla niego to nieistotne sprawy, tak dla jego bliskich (a miał ich coraz więcej!) mogło to być istotne.
!zaklętamuszla
I to słowo był, zapewne okazało się kluczowe. Albowiem kiedy dotarł na miejsce, powtarzając sobie w głowie, że na pewno nie będzie aż tak źle jak na tym nieszczęsnym śniadaniu sprzed kilku tygodni, z którego uciekł upokorzony własną, jak się miało okazać, głupotą i krótkowzrocznością. Brakiem empatii. Brakiem zrozumienia uczuć ukochanej. Teraz miał być pewien jej uczuć, wszak ciągle mu o nich mówiła. Teraz miał być pewien okoliczności, chociaż wciąż wewnętrznie drżał. Kojarzył już tych ludzi, przyjaciół Longbottomów, przyjaciół Brenny. Ale bał się ich oceny, bał się pytań, bał się, że przyniesie Norze wstyd. Bał się przeraźliwie.
Był przerażony zanim tu przyszli.
Ale teraz gdy stali przy ognisku, to nie bał się wcale. Obracał w palcach muszlę, zastanawiając się czy to cudowne maleństwo nie było jakimś amuletem kojącym umysł. A może to spokój Nory i jej wspaniały uśmiech i to że chyba, nie był pewien, ale tak mu się zdawało, że jest bardzo zadowolona, że z nim tu jest. Że rzeczywiście chciała go przedstawić swoim bliskim. Że to czego bał się najbardziej na świecie, było tylko strachem. To było miłe, czuł się tak, jakby cały czas miał w dłoniach kubek kakao zrobiony dłońmi panny Figg, a kiedyś, niedługo... pani McGonagall. Być może. Tak mu się zdawało, choć jego matka nie przejęła nazwiska ojca. Być może powinien o tym z Norą porozmawiać potem, jak ona chciał zrobić, ale może nie teraz. Nie kiedy były ważniejsze sprawy na głowie.
Zabawne, wydawało mu się, że będzie się trząsł, że teraz, gdy to było celowe, takie przemyślane to będzie trudniej niż wtedy w kuchni z impulsem. A jednak. Spokój ukorzeniał się w jego sercu, pokrywał wiekowe, spękane gałęzie lasu, pokrywał tętno, które teraz równomiernie rozprowadzało krew dotlenioną miłością do Nory i jej małej córeczki.
– Mm... Bardzo. Prawie, jest prawie doskonale... – oblizał wargi, które powinny być zaschnięte, serce powinno mu wyskoczyć z piersi, gdy władował rękę do kieszeni spodni. – Bo wiesz bo... bo ja źle zrobiłem, bo dałem Ci no wiesz no wtedy... nić i teraz tak jakby... ee... no nie jest doskonale, skoro nie widać, nie masz... nie masz mojej obietnicy na swoim palcu. Czy coś. – Przełknął ślinę. Już powiedziała tak. To nie powinno być takie trudne. Ścisnął jej dłoń mocniej i pochylił się by oprzeć czoło o ramię, by schować nos w załom szyi, by chłonąć słodycz i zapach w którym teraz mógł zasypiać i budzić się każdego dnia. – Pomyślałam, że może... może byś chciała no nie wiem... może chciałabyś coś trwalszego niż pióro? – Zapytał łaskocząc oddechem jej szyję, a potem podsunął pod nos niewielkie pudełeczko z równie niewielką, ale dość istotną zawartością.
– Co... co myślisz? To ja wiem, to nie diament czy inna rzecz wydarta ziemi. Kawałek żywicy, ale ma taką minimini runę wzmacniającą i... pomyślałem, że to dobry... lepszy wiesz no kamień, bo to z drzewa pod którym no... Ty, ja... wiesz. – odchrząknął. Było to prostsze do osiągnięcia niż zaklęcie w kamień jeziornej wody, gdzie pierwszy raz się całowali. – I te czerwone to... za każdy rok bez siebie. Osiem. He. Co dziesięć lat jedno z nich będzie się zielenić mm... w rocznicę ślubu. To na pewno nie zapomnimy, że ta była ważna. Bo co dziesięć jest ważna prawda? – zmarszczył czoło w zastanowieniu, bo tak właśnie tłumaczono mu tą sztuczkę, ale nie był pewien. Dla niego każdy dzień z Norą był ważny, tak na prawdę w ogóle by nie obchodził rocznic, podobnie jak urodziny były dla niego mało istotne, czy inne święta ku chwale kogokolwiek i czegokolwiek. Ale wiedział pod skórą, że to ważne, żeby się nauczyć, że jednak nawet jak dla niego to nieistotne sprawy, tak dla jego bliskich (a miał ich coraz więcej!) mogło to być istotne.
!zaklętamuszla
istotna zawartosc![[Obrazek: rCfhUTy.jpeg]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=rCfhUTy.jpeg)