08.07.2024, 02:07 ✶
Ogród, z Peregrinusem
Kiedy Longbottoma nie było już w zasięgu wzroku, a on przemył zmęczoną twarz, czuł się o wiele lepiej. W przeciwieństwie do Trelawney'a on grał teraz bardzo, ale to bardzo dobrze. Tacy ludzie jak Dolohov, kiedy tylko poczuli się pewnie, nie musieli już wcale myśleć o kontrolowaniu swojej mimiki ani odruchów - wszystko znów przychodziło mu naturalnie, tak jak przystało na człowieka jego rangi. Znów onieśmielał ludzi wokół, wymienił się po drodze kilkoma uprzejmościami, skinięciami głową, pozdrowieniem i zaproszeniem do rozmowy w późniejszym czasie. Później to już go tutaj nie będzie. W głębi siebie błądził w ciemności, próbował sięgnąć rzeczy, które nie istniały, ale on wciąż próbował i próbował, bo może mogły dać mu jakąś podporę w tak nieprzyjemnej dla duszy chwili...
Stanął naprzeciwko Trelawneya, tak samo pewny siebie, elegancki i pozornie silny jak zawsze. Na tle przepięknego ogrodu, do bólu gryzącego się z jego urodą. Jego kolorem był niebieski. Przeplatany srebrem lub złotem, ale koniecznie niebieski - w czerwieni nie wyglądał brzydko, ale trochę jak nie on.
- Nie. - Nic nie było w porządku. Może gdyby byli w innym miejscu, takim gdzie na pewno nikt by tego nie usłyszał, Dolohov odważyłby się to powiedzieć: miał wciąż słabość do potwora, ta słabość nigdy nie zgasła i pasowała do niego jak ulał, bo pod maską twardego i wiecznie sceptycznego naukowca tkwił ktoś, kto częściej śnił niż spał, dzieciak skryty w półmroku rzucanym przez własny cień, cichy, skryty. Ktoś, kto ponad dwadzieścia lat temu oddał się marzeniu, całą duszą i ta miękkość gwiazd, jaką dawał mu Morpheus wypełniła go aż po kości. Nie pasowała do niego taka obsesja. Romantyzm nie był językiem, jakiego się po nim spodziewano. Twarda logika - tak, nie fantazje, zauroczenia, wiersze - skądże (!), ale... to, co żarliwe i intensywne przyciągało każdego. Tylko że uczucia co je jako dzieciak traktował jako nabożeństwo - obecność tego człowieka w zasięgu dotyku to było coś więcej niż miłość, to było doświadczenie tak silne jak bycie rozprutym nożem - dzisiaj sprawiały, że czuł głęboki, karcący go za wszystkie brudne myśli niepokój. - Jak dorastasz, to zostawiasz za sobą dużo rzeczy, które inaczej potwornie by cię męczyły. Jedna z takich rzeczy wygrzebała się właśnie ze swojego grobu i najwyraźniej domaga się mojej uwagi.
A później jak gdyby nigdy nic zaśmiał się pod nosem. Delikatnie, ale zauważalnie.
- Lyssa wymieniła cię nawet szybciej, niż się tego po niej spodziewałem.
Naprawdę była do niego podobna. Druga do kolekcji rodziny primadonna - tak bardzo się od siebie różnili, a jednak pod tyloma względami pozostawali tacy sami, identyczni wręcz, do bólu... A przecież nie wychowywał jej. Jego ojciec musiał mieć rację - ten gniew, ta potrzeba chwycenia wszystkiego w garść i zaciśnięcia na tym palców - to przekazywało się wraz z tą przeklętą krwią.
- Tak. - Chciał stąd iść. - Ale muszę im najpierw o tym powiedzieć.
Wyciągnął do niego paczkę papierosów i poczęstował go jednym, po czym dał mu znać, że mógł tutaj poczekać, aż sam Dolohov nie pożegna Lyssy i Annaleigh. A później zniknął. Starał się myśleć o czymkolwiek innym niż Morpheus. Nikt tak dobrze nie nauczył go, że ludzie nie byli domami, a na pewno nie jego domami. Ludzie się zmieniali, ludzie ukrywali przed nim potworności, ludzie zdradzali, ludzie znikali nagle ze wszystkim, co w nich włożyliście.
Postacie opuszczają sesję
with all due respect, which is none