08.07.2024, 12:30 ✶
Tak bywa w listopadzie.
Deszczowa, mglista pogoda, krótkie dni, chlapa i błoto, chłód, gdy kolorowe liście i jesienne owoce były tylko wspomnieniem: to wszystko łatwo wysysało radość życia z ludzi, malowało szarością nie tylko krajobraz, ale i dusze, i sprawiało, że kolejne osoby dostawały poważnych przypadków jesiennej chandry.
W tym roku kryło się w tym coś więcej.
Napięcie, od dawna wyczuwalne w czarodziejskim świecie, eskalowało. W gazetach zaczęły pojawiać się pierwsze doniesienia o śmierciach i zaginięciach, czystokrwiści trochę odważniej niż dotychczas wspominali może nie że Voldemort to fajny gość, ale że w pewnych punktach ma rację, atmosfera otaczająca mugolaków stawała się jakby gęściejsza. A Brenna wiedziała, że to dopiero początek, nawet nie dlatego, że ona to przeczuwała (chociaż nie musiała być jasnowidzem, by wiedzieć, że nadeszły nieprzyjemne czasy, ciekawe, jak w tym chińskim przekleństwie), ale dlatego, że tak twierdził Dumbledore.
Różne drobne incydenty powtarzały się coraz częściej i kiedy szła późną porą przez magiczny Londyn, a jej uszu dobiegły te pijackie słowa o mugolaku i Czarnym Panie, od razu wiedziała, że oto kolejny z nich.
Najchętniej po prostu zgarnęłaby całą trójkę pijaków na dołek, wlepiła grzywnę i potrzymała w areszcie, póki nie wytrzeźwieją i nie zmądrzeją. Wątpiła, by byli to prawdziwi zwolennicy tego Czarnego Pana, o romantycznej duszy nastolatki, rozmiłowanej w intrygujących nazwach – chyba nie był takim idiotą, aby werbować takich kretynów, Dumbledore nie przejmowałby się nim tak mocno, gdyby tak było. Ale i tak mogli narobić szkód.
Wahała się przez moment pomiędzy „interweniować i załagodzić” a „wyładować ogólne wkurwienie na świat, wpadając tam po prostu, proszę bardzo, stawiajcie opór przy aresztowaniu, a potem zabiorę was do aresztu”. Ale była zmęczona, w BUM i tak mieli w tym tygodniu dość roboty, nie było czasu na zajmowanie się pijakami, a poza tym chłopak mógł ucierpieć.
– Panie Potter! – zawołała z daleka, ruszając ku nim i bezceremonialnie chwytając Jessiego pod ramię. Wybór nazwiska? Czysta krew. To jedno z bardziej znanych, rzut kamieniem stąd był sklep z wielkim, potterowskim szyldem, trzeba by być ślepym, aby ich nie znać. I jej bliska rodzina, sama była córką Potterówny, więc doskonale wiedziała, że ta trójka nie była nijak z nią spokrewniona (akurat czysta krew, gdyby należeli do nienaruszalnych, przynajmniej luźno by ich kojarzyła…), więc nie mogli nagle się zdziwić, jacy to Potterowie. – Dobrze, że pana znalazłam, zgubił się pan po drodze na spotkanie? – spytała, wbijając mu przy tym paznokcie w skórę.
Współpracuj.
Trójkę absolutnie zignorowała w pierwszej chwili, bo och, co mieliby ją obchodzić jacyś tam pijacy na ulicy, kiedy miała tutaj poważne zadanie znalezienia pana Pottera?
Deszczowa, mglista pogoda, krótkie dni, chlapa i błoto, chłód, gdy kolorowe liście i jesienne owoce były tylko wspomnieniem: to wszystko łatwo wysysało radość życia z ludzi, malowało szarością nie tylko krajobraz, ale i dusze, i sprawiało, że kolejne osoby dostawały poważnych przypadków jesiennej chandry.
W tym roku kryło się w tym coś więcej.
Napięcie, od dawna wyczuwalne w czarodziejskim świecie, eskalowało. W gazetach zaczęły pojawiać się pierwsze doniesienia o śmierciach i zaginięciach, czystokrwiści trochę odważniej niż dotychczas wspominali może nie że Voldemort to fajny gość, ale że w pewnych punktach ma rację, atmosfera otaczająca mugolaków stawała się jakby gęściejsza. A Brenna wiedziała, że to dopiero początek, nawet nie dlatego, że ona to przeczuwała (chociaż nie musiała być jasnowidzem, by wiedzieć, że nadeszły nieprzyjemne czasy, ciekawe, jak w tym chińskim przekleństwie), ale dlatego, że tak twierdził Dumbledore.
Różne drobne incydenty powtarzały się coraz częściej i kiedy szła późną porą przez magiczny Londyn, a jej uszu dobiegły te pijackie słowa o mugolaku i Czarnym Panie, od razu wiedziała, że oto kolejny z nich.
Najchętniej po prostu zgarnęłaby całą trójkę pijaków na dołek, wlepiła grzywnę i potrzymała w areszcie, póki nie wytrzeźwieją i nie zmądrzeją. Wątpiła, by byli to prawdziwi zwolennicy tego Czarnego Pana, o romantycznej duszy nastolatki, rozmiłowanej w intrygujących nazwach – chyba nie był takim idiotą, aby werbować takich kretynów, Dumbledore nie przejmowałby się nim tak mocno, gdyby tak było. Ale i tak mogli narobić szkód.
Wahała się przez moment pomiędzy „interweniować i załagodzić” a „wyładować ogólne wkurwienie na świat, wpadając tam po prostu, proszę bardzo, stawiajcie opór przy aresztowaniu, a potem zabiorę was do aresztu”. Ale była zmęczona, w BUM i tak mieli w tym tygodniu dość roboty, nie było czasu na zajmowanie się pijakami, a poza tym chłopak mógł ucierpieć.
– Panie Potter! – zawołała z daleka, ruszając ku nim i bezceremonialnie chwytając Jessiego pod ramię. Wybór nazwiska? Czysta krew. To jedno z bardziej znanych, rzut kamieniem stąd był sklep z wielkim, potterowskim szyldem, trzeba by być ślepym, aby ich nie znać. I jej bliska rodzina, sama była córką Potterówny, więc doskonale wiedziała, że ta trójka nie była nijak z nią spokrewniona (akurat czysta krew, gdyby należeli do nienaruszalnych, przynajmniej luźno by ich kojarzyła…), więc nie mogli nagle się zdziwić, jacy to Potterowie. – Dobrze, że pana znalazłam, zgubił się pan po drodze na spotkanie? – spytała, wbijając mu przy tym paznokcie w skórę.
Współpracuj.
Trójkę absolutnie zignorowała w pierwszej chwili, bo och, co mieliby ją obchodzić jacyś tam pijacy na ulicy, kiedy miała tutaj poważne zadanie znalezienia pana Pottera?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.