08.07.2024, 23:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.07.2024, 09:12 przez Anthony Shafiq.)
Kiwnął głową, gdy wsłuchiwał się w tłumaczenia Erika, co jakiś czas pozwalając sobie zerknąć, zobaczyć jak zmienił się jego profil przez te dwa lata, czy dalej w mikroekspresji, w drganiu mięśni pod skórą rozciągniętą na czaszce, dalej widać było wszystko, każdy niepokój, każdą obawę, ale też każdy błysk inspiracji, która niósł w darze dla świata. Dla świata, przed którym tak bardzo chciał uciec.
– Wspominałeś o tym ostatnio jak rozmawialiśmy, wspominałeś o własnej potrzebie takiego miejsca. Wiesz... – odkaszlnął – sfinalizowałem zakup po Twoim wyjeździe i jeśli najdzie Cię taka ochota, to będziesz miał gdzie się ukryć również w nieco cieplejszym klimacie. – Bynajmniej, nie chodziło Anthony'emu, żeby się przechwalać, puszyć rozrastającym się majątkiem. Zależało mu na tym, by Erik wiedział, że jego zdanie, jego opinia wciąż coś dla niego znaczą. Wciąż znaczą bardzo dużo... – Czy z takich samych powodów kupiłeś sobie tę łódź? Ona jest na żagle, czy tylko magiczny ciąg? – Bo przecież magowie nie używaliby motorówek z silnikiem, który trzeba zalewać benzyną. A jednak wody były tak czarodziejskie, jak mugolskie – prawodawstwo w tej kwestii było bardzo nomen omen płynne.
Wspomnienie o klaustrofobii wypchnęło nieco niezręczny śmiech, ale Erik, który przecież znał Anthony'ego od tak dawna, mógł wyczuć w nim lekkie napięcie, zdenerwowanie.
– No tośmy się pięknie dobrali. Amator jaskiń i podziemi oraz właściciel łodzi, zapewne świetny pływak mmm? Hydrofobia, klaustrofobia... Gdzie znaleźć wspólną płaszczyznę? – Myślał o tym tyle razy. Myślał o równinach Prowansji, której wybrzeże zwane było lazurowym. Myślał o tym wszystkim o czym nie powiedział wtedy, gdy spacerowali w ten sposób ostatni raz. Spróbował się uśmiechnąć, skupić na ścieżce. To była już zamknięta droga, spalony most. Sprzątali teraz gruz, nie było sensu roztkliwiać się nad porzuconym śmieciem, odpryskiem historii.
– Och tak oczywiście... z TAKIM trenerem można zostać wielkim sportowcem w niecałe dwa miesiące! A tak bardzo liczyłem, że będę mógł obserwować Cię w akcji. Miałem takie dobre miejsce tuż pod sceną, ale Jonathan... – westchnął kręcąc głową z niedowierzaniem na samo wspomnienie tej sytuacji. – Ta dziesiątka wyglądała imponująco. Sądziłem, że w Warowni nacisk jest kładziony tylko na szermierkę? – zdawał się absolutnie ignorować fakt, że wciąż jego wygrana w tej jarmarcznej zabawie stanowiła widocznie dobry temat do żartów.
Kilka minut później dotarli do rowu i każdy z nich poradził sobie z nim na swój sposób. Erik przeskoczył, a Anthony... z cichym pyknięciem pojawił się obok niego sekundę później. Poprawił sweter i obejrzał się na Longbottoma, a potem stalowe oczy ześlizgnęły się po ramieniu aż do wyciągniętej ręki. Wyciągniętej w jego stronę, a przynajmniej w stronę gdzie stał przed chwilą.
Chęć pomocy, czy wymówka?
Nie wiedział. Nie był pewien. Wątpił. Ale Morpheus powiedział mu tego ranka nie trać nadziei. Trudno. Cóż mogło gorszego się stać niż ostatnie dwa lata? Bezceremonialnie wplótł swoje palce w jego naznaczoną służbą dłoń i jak gdyby nigdy nic, ruszył dalej w stronę w którą szli do tej pory.
– Wspominałeś o tym ostatnio jak rozmawialiśmy, wspominałeś o własnej potrzebie takiego miejsca. Wiesz... – odkaszlnął – sfinalizowałem zakup po Twoim wyjeździe i jeśli najdzie Cię taka ochota, to będziesz miał gdzie się ukryć również w nieco cieplejszym klimacie. – Bynajmniej, nie chodziło Anthony'emu, żeby się przechwalać, puszyć rozrastającym się majątkiem. Zależało mu na tym, by Erik wiedział, że jego zdanie, jego opinia wciąż coś dla niego znaczą. Wciąż znaczą bardzo dużo... – Czy z takich samych powodów kupiłeś sobie tę łódź? Ona jest na żagle, czy tylko magiczny ciąg? – Bo przecież magowie nie używaliby motorówek z silnikiem, który trzeba zalewać benzyną. A jednak wody były tak czarodziejskie, jak mugolskie – prawodawstwo w tej kwestii było bardzo nomen omen płynne.
Wspomnienie o klaustrofobii wypchnęło nieco niezręczny śmiech, ale Erik, który przecież znał Anthony'ego od tak dawna, mógł wyczuć w nim lekkie napięcie, zdenerwowanie.
– No tośmy się pięknie dobrali. Amator jaskiń i podziemi oraz właściciel łodzi, zapewne świetny pływak mmm? Hydrofobia, klaustrofobia... Gdzie znaleźć wspólną płaszczyznę? – Myślał o tym tyle razy. Myślał o równinach Prowansji, której wybrzeże zwane było lazurowym. Myślał o tym wszystkim o czym nie powiedział wtedy, gdy spacerowali w ten sposób ostatni raz. Spróbował się uśmiechnąć, skupić na ścieżce. To była już zamknięta droga, spalony most. Sprzątali teraz gruz, nie było sensu roztkliwiać się nad porzuconym śmieciem, odpryskiem historii.
– Och tak oczywiście... z TAKIM trenerem można zostać wielkim sportowcem w niecałe dwa miesiące! A tak bardzo liczyłem, że będę mógł obserwować Cię w akcji. Miałem takie dobre miejsce tuż pod sceną, ale Jonathan... – westchnął kręcąc głową z niedowierzaniem na samo wspomnienie tej sytuacji. – Ta dziesiątka wyglądała imponująco. Sądziłem, że w Warowni nacisk jest kładziony tylko na szermierkę? – zdawał się absolutnie ignorować fakt, że wciąż jego wygrana w tej jarmarcznej zabawie stanowiła widocznie dobry temat do żartów.
Kilka minut później dotarli do rowu i każdy z nich poradził sobie z nim na swój sposób. Erik przeskoczył, a Anthony... z cichym pyknięciem pojawił się obok niego sekundę później. Poprawił sweter i obejrzał się na Longbottoma, a potem stalowe oczy ześlizgnęły się po ramieniu aż do wyciągniętej ręki. Wyciągniętej w jego stronę, a przynajmniej w stronę gdzie stał przed chwilą.
Chęć pomocy, czy wymówka?
Nie wiedział. Nie był pewien. Wątpił. Ale Morpheus powiedział mu tego ranka nie trać nadziei. Trudno. Cóż mogło gorszego się stać niż ostatnie dwa lata? Bezceremonialnie wplótł swoje palce w jego naznaczoną służbą dłoń i jak gdyby nigdy nic, ruszył dalej w stronę w którą szli do tej pory.