08.07.2024, 23:52 ✶
Wiedziała do czego dąży Brenna. Widziała to w spojrzeniu dziewczyny, które co rusz uciekało na bok, aby zaraz wrócić prosto w stronę Tessy, jakby zbierała determinację do spojrzenia ciotce w oczy. Słyszała to w jej stopniowo cichnącym, konspiracyjnym głosie, kiedy pochylała się delikatnie w jej stronę. Czuła to w napięciu, które, nawet jeśli mimowolnie, powoli ściskało kobietę za gardło i zmuszało palce do panicznego wynalezienia papierośnicy w kieszeni spodni.
Nie chciała się do tego mieszać.
Nie chciała—
Cały czas słuchając słów bratanicy, wyciągnęła w końcu błogosławiony, nikotynowy artefakt; najlepszego przyjaciela, zawsze skłonnego do wysłuchania żalów i smutków. Ręcznie skręconą, cynamonową cygaretkę. Zapaliła szluga praktycznie od razu, wciskając go sobie do ust, a potem wciągnęła dym z wręcz błogą ulgą.
Potrzebowała tego. Musiała podejść do tego spokojnie, nie dać się ponieść emocjom i rzucać mordą od razu, jak zrobiłby to Woodrow. Wypuściła dym nosem, pozwalając mu ulecieć lekko na bok — nie chciała w końcu chmurzyć na biedną Brennę — a potem, razem z papierosem między palcami, przejechała wnętrzem dłoni po czole.
Nie zamierzała pytać, czego od niej oczekiwała. Po to się przecież tutaj spotkały; właśnie po to młoda Longbottom krążyła dookoła niej, skakała z jednego zdania na drugie, bo Tessa w żadnej chwili nie dała poznać po sobie swoich prawdziwych emocji. Chciała ją zwerbować. Kobieta była już przekonana, że prędzej czy później to nastąpi. Ale…
— Jak myślę, zaczęliście pewnie już wszystko formować? Ustawiać role, nazwy stanowisk i hierarchię? — pytała z wyraźnym przekąsem, strzepując dym.
Potem cicho wymamrotała coś pod nosem, co mogło brzmieć jak: Cholerni Longbottomowie, ale to pewnie tylko się tak wydawało.
— Wiesz, duszko… — Brzmiała dziwnie. Głos na początku lekko załamał się, co było do Tessy kompletnie niepodobne. Na takie rzeczy, niuanse i małe szczegóły (a może tak naprawdę chodziło o naturalność) pozwalała sobie jedynie w otoczeniu najbliższych. Warownia, razem z bratanicą na czele, była czymś takim. Kimś bliskiemu jej sercu. — Początkowo chciałam powiedzieć, że nie chcę się w to mieszać. Że nie zamierzam mieć z tym nic wspólnego, bo nawet jeśli świat powoli się wali, to wiem, że mury naszej twierdzy nasze będą stały. Ale wcale tak nie myślę. Nie chcę, żebyście sami narażali się na niebezpieczeństwo, kiedy ja siedzę tuż obok i nic nie robię. Chciałam, żeby… Chcę, żeby każde dziecko mogło spokojnie iść do szkoły i nie martwić się wyzwiskami czystokrwistych kolegów. Chcę, żeby każda dziewczyna mogła spokojnie przechadzać się po zmroku.
Wyrzuciła papierosa na ziemię i zdeptała go podeszwą buta. Zaraz potem chwyciła Brennę za twarz i czule przejechała kciukiem po jej policzku.
— Chcę, was chronić. Więc, proszę, powiedz mi, co mogę zrobić.
Nie chciała się do tego mieszać.
Nie chciała—
Cały czas słuchając słów bratanicy, wyciągnęła w końcu błogosławiony, nikotynowy artefakt; najlepszego przyjaciela, zawsze skłonnego do wysłuchania żalów i smutków. Ręcznie skręconą, cynamonową cygaretkę. Zapaliła szluga praktycznie od razu, wciskając go sobie do ust, a potem wciągnęła dym z wręcz błogą ulgą.
Potrzebowała tego. Musiała podejść do tego spokojnie, nie dać się ponieść emocjom i rzucać mordą od razu, jak zrobiłby to Woodrow. Wypuściła dym nosem, pozwalając mu ulecieć lekko na bok — nie chciała w końcu chmurzyć na biedną Brennę — a potem, razem z papierosem między palcami, przejechała wnętrzem dłoni po czole.
Nie zamierzała pytać, czego od niej oczekiwała. Po to się przecież tutaj spotkały; właśnie po to młoda Longbottom krążyła dookoła niej, skakała z jednego zdania na drugie, bo Tessa w żadnej chwili nie dała poznać po sobie swoich prawdziwych emocji. Chciała ją zwerbować. Kobieta była już przekonana, że prędzej czy później to nastąpi. Ale…
— Jak myślę, zaczęliście pewnie już wszystko formować? Ustawiać role, nazwy stanowisk i hierarchię? — pytała z wyraźnym przekąsem, strzepując dym.
Potem cicho wymamrotała coś pod nosem, co mogło brzmieć jak: Cholerni Longbottomowie, ale to pewnie tylko się tak wydawało.
— Wiesz, duszko… — Brzmiała dziwnie. Głos na początku lekko załamał się, co było do Tessy kompletnie niepodobne. Na takie rzeczy, niuanse i małe szczegóły (a może tak naprawdę chodziło o naturalność) pozwalała sobie jedynie w otoczeniu najbliższych. Warownia, razem z bratanicą na czele, była czymś takim. Kimś bliskiemu jej sercu. — Początkowo chciałam powiedzieć, że nie chcę się w to mieszać. Że nie zamierzam mieć z tym nic wspólnego, bo nawet jeśli świat powoli się wali, to wiem, że mury naszej twierdzy nasze będą stały. Ale wcale tak nie myślę. Nie chcę, żebyście sami narażali się na niebezpieczeństwo, kiedy ja siedzę tuż obok i nic nie robię. Chciałam, żeby… Chcę, żeby każde dziecko mogło spokojnie iść do szkoły i nie martwić się wyzwiskami czystokrwistych kolegów. Chcę, żeby każda dziewczyna mogła spokojnie przechadzać się po zmroku.
Wyrzuciła papierosa na ziemię i zdeptała go podeszwą buta. Zaraz potem chwyciła Brennę za twarz i czule przejechała kciukiem po jej policzku.
— Chcę, was chronić. Więc, proszę, powiedz mi, co mogę zrobić.
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you