09.07.2024, 12:51 ✶
Czarownica nie potrafiła usiedzieć w miejscu i to było nic nowego. Wińcie matczyne włoskie geny, które skutecznie spacyfikowały słynną, brytyjską flegmatyczność.
Natomiast jeśli kiedykolwiek przeszłoby Richardowi przez myśl, że bratowa go kokietowała, to nie mógł być w większym błędzie. Może uznałaby taką myśl za uroczą, ale z pewnością za cholernie zabawną. I potencjalnie niebezpieczną. Dla siebie, rodziny i pozycji społecznej. Nic tak nie cieszyło serduszek znudzonych życiem bogaczy co plotki z alkowy i buduarów innych rodów.
Sama Lorien pod żadnym pozorem nie oczekiwała, ba! nie zgodziłaby się na jakąkolwiek oferowaną przez niego pomoc, nawet gdyby zauważył siniaki.
Jej choroba nie była sprawą, którą Richard powinien się jakkolwiek interesować. Podobnie zresztą jak Robert - wiedzieli tyle ile wiedzieć musieli. Że pani Mulciber powinna unikać gwałtownych i stresujących sytuacji i uważać na siebie zwłaszcza pod ptasią formą. Znali rokowania, bo te od wieków były takie same - tylko rekordzistki dożywały do czterdziestego roku życia. Wszystkie detale były bezpiecznie zamknięte w gabinecie pewnego magomedyka.
Nie zwróciła uwagi na to, że świeci nagą kostką przed szwagrem. Miała lepsze rzeczy do przemyślenia. Jak choćby te słynne takie, a nie inne czasy.
Przechyliła lekko głowę, rzeczywiście przypominając bardziej zaintrygowanego ptaszka niż poważną czarownicę.
Co on mógł wiedzieć o tym jak złe czekały ich czasy? O niepokoju, głębokich podziałach z jakimi borykało się Ministerstwo, próbując trzymać w ryzach i niewiedzy brytyjskie społeczeństwo. Zagrożeniu czającym się za każdym rogiem, atmosferze panującej za zamkniętymi drzwiami.
Jeśli miał jakichkolwiek informatorów - dobrze dla niego! Bo Ministerstwo postawiło sobie za cel udawać, że wszystko jest aktualnie w porządku. Na tyle na ile było w stanie udawać.
- Dlaczego pozwoliłeś chłopcom tu przyjechać?- Zapytała nagle, kompletnie zmieniając temat. Kolejna rzecz, która nie dawała jej spokoju, nie pasująca do całości układanki. Mogliby w nieskończoność wałkować temat Sophie, rozwodzić się nad tym co dziewczyna powinna, a czego nie powinna. Ale to nie miało większego sensu, skoro Robert i tak podjął już decyzję. Kwestia przyjazdu Charlie’go i Leonarda była natomiast czymś dużo ciekawszym. Zachodziła w głowę jaki rodzic zgodziłby się na przyjazd własnych dzieci, do kraju w którym wszystko chyliło się ku otwartej wojnie.
W pierwszej chwili nawet nie zamierzała skomentować kwestii swojego wielkiego, potencjalnego upadku. Choć przezornie spojrzała przez ramię, szacując ewentualny lot. Przeżyłaby. Może trochę poobijana i obolała - ale by żyła. Gorzej z jej dumą.
- Richard.- Tym razem jej głos uderzył w ostrzejszą nutę. Choć równocześnie można było odnieść wrażenie, że Lorien jest co najmniej tą całą wymianą zdań… rozbawiona. Biurko było na tyle duże, a ona na tyle mała, żeby mieć całkiem sporą pewność, że sama z siebie z niego nie spadnie. - Nie mam pięciu lat. Nie spadnę.
Natomiast jeśli kiedykolwiek przeszłoby Richardowi przez myśl, że bratowa go kokietowała, to nie mógł być w większym błędzie. Może uznałaby taką myśl za uroczą, ale z pewnością za cholernie zabawną. I potencjalnie niebezpieczną. Dla siebie, rodziny i pozycji społecznej. Nic tak nie cieszyło serduszek znudzonych życiem bogaczy co plotki z alkowy i buduarów innych rodów.
Sama Lorien pod żadnym pozorem nie oczekiwała, ba! nie zgodziłaby się na jakąkolwiek oferowaną przez niego pomoc, nawet gdyby zauważył siniaki.
Jej choroba nie była sprawą, którą Richard powinien się jakkolwiek interesować. Podobnie zresztą jak Robert - wiedzieli tyle ile wiedzieć musieli. Że pani Mulciber powinna unikać gwałtownych i stresujących sytuacji i uważać na siebie zwłaszcza pod ptasią formą. Znali rokowania, bo te od wieków były takie same - tylko rekordzistki dożywały do czterdziestego roku życia. Wszystkie detale były bezpiecznie zamknięte w gabinecie pewnego magomedyka.
Nie zwróciła uwagi na to, że świeci nagą kostką przed szwagrem. Miała lepsze rzeczy do przemyślenia. Jak choćby te słynne takie, a nie inne czasy.
Przechyliła lekko głowę, rzeczywiście przypominając bardziej zaintrygowanego ptaszka niż poważną czarownicę.
Co on mógł wiedzieć o tym jak złe czekały ich czasy? O niepokoju, głębokich podziałach z jakimi borykało się Ministerstwo, próbując trzymać w ryzach i niewiedzy brytyjskie społeczeństwo. Zagrożeniu czającym się za każdym rogiem, atmosferze panującej za zamkniętymi drzwiami.
Jeśli miał jakichkolwiek informatorów - dobrze dla niego! Bo Ministerstwo postawiło sobie za cel udawać, że wszystko jest aktualnie w porządku. Na tyle na ile było w stanie udawać.
- Dlaczego pozwoliłeś chłopcom tu przyjechać?- Zapytała nagle, kompletnie zmieniając temat. Kolejna rzecz, która nie dawała jej spokoju, nie pasująca do całości układanki. Mogliby w nieskończoność wałkować temat Sophie, rozwodzić się nad tym co dziewczyna powinna, a czego nie powinna. Ale to nie miało większego sensu, skoro Robert i tak podjął już decyzję. Kwestia przyjazdu Charlie’go i Leonarda była natomiast czymś dużo ciekawszym. Zachodziła w głowę jaki rodzic zgodziłby się na przyjazd własnych dzieci, do kraju w którym wszystko chyliło się ku otwartej wojnie.
W pierwszej chwili nawet nie zamierzała skomentować kwestii swojego wielkiego, potencjalnego upadku. Choć przezornie spojrzała przez ramię, szacując ewentualny lot. Przeżyłaby. Może trochę poobijana i obolała - ale by żyła. Gorzej z jej dumą.
- Richard.- Tym razem jej głos uderzył w ostrzejszą nutę. Choć równocześnie można było odnieść wrażenie, że Lorien jest co najmniej tą całą wymianą zdań… rozbawiona. Biurko było na tyle duże, a ona na tyle mała, żeby mieć całkiem sporą pewność, że sama z siebie z niego nie spadnie. - Nie mam pięciu lat. Nie spadnę.