09.07.2024, 15:40 ✶
Jonathan dyplomatycznie powstrzymał się od przewrócenia oczami. On był dzisiaj gotowy nawet zasugerować jej, że może wyjątkowo, tego pięknego dnia, wyglądała lepiej od niego samego, a ona i tak już na starcie odrzucała jego pochlebstwa. Czy Selwyn w ogóle zakładał, że mogły one podziałać? I tak i nie, bardziej traktował to jako swoistą grę, pomiędzy ich dwójką, niż aktywne próby zmiękczenia ją komplementami. Zmiękczał ją przecież całą swoją osobowością, gdy tylko znajdywali się w jednym pomieszczeniu, ale niech jej będzie. Nie powie więc, że może i nie urodziła się wczoraj, ale wygląda równie młodo.
– Przepraszam, że w pierwszym odruchu myślę o szczęściu mojego chrześniaka i jego rodziny, a nie własnym – powiedział z udawanym oburzeniem, jednocześnie otaczając na chwilę Jessiego swoim ramieniem. Czy Charlotte miała rację? Tak, zdecydowanie nie byłby w stanie porzucić psa i zdecydowanie nie chciało mu się wyprowadzać go na spacery, ale nie znaczyło to, że nie chciał, by Jessie i Rita byli szczęśliwi. Nawet gdyby chciał zatrzymał psa dla siebie w pierwszej chwili i tak pomyślałby o rodzinie Kellych!
Uśmiechnął się słysząc, jak młody kombinuje, by przekonać matkę, a jego siostra mu w tym pomagała.
– Oczywiście. Zafunduje wam nawet architekta wnętrz jeśli zajdzie taka potrzeba – zapewnił Charlotte, nie mogąc nie powstrzymać szerokiego uśmiechu słysząc jej słowa. Awwwww. Wiedział, że jednak gdzieś tam pod tą lodową skorupą tli się jeszcze miękkie serce. Przynajmniej do zgromadzonych w tym pomieszczeniu.
Zerknął na Ritę.
– Nie mam pojęcia, najpierw szczekał w stronę mgły, a potem po prostu skoczył. – To zdecydowanie była dziwna sytuacja, ale nie wiedział skąd wynikała. – Może coś wyczuł?
Grunt, że żadne z nich nie postanowiło się również rzucić z mostu, bo byłoby to co najmniej problematyczne.
– No dobrze. Kupiliśmy z Jessim chyba wszystko co było dla niego potrzebne. Pomożecie mi to wypakować? Trzy legowiska to chyba odpowiednią ilość? – Tu oczywiście zwrócił się do młodszej części tego zgromadzenia. – Charlotte, w sumie to jeszcze raz, kogo dzisiaj zabiłaś?
– Przepraszam, że w pierwszym odruchu myślę o szczęściu mojego chrześniaka i jego rodziny, a nie własnym – powiedział z udawanym oburzeniem, jednocześnie otaczając na chwilę Jessiego swoim ramieniem. Czy Charlotte miała rację? Tak, zdecydowanie nie byłby w stanie porzucić psa i zdecydowanie nie chciało mu się wyprowadzać go na spacery, ale nie znaczyło to, że nie chciał, by Jessie i Rita byli szczęśliwi. Nawet gdyby chciał zatrzymał psa dla siebie w pierwszej chwili i tak pomyślałby o rodzinie Kellych!
Uśmiechnął się słysząc, jak młody kombinuje, by przekonać matkę, a jego siostra mu w tym pomagała.
– Oczywiście. Zafunduje wam nawet architekta wnętrz jeśli zajdzie taka potrzeba – zapewnił Charlotte, nie mogąc nie powstrzymać szerokiego uśmiechu słysząc jej słowa. Awwwww. Wiedział, że jednak gdzieś tam pod tą lodową skorupą tli się jeszcze miękkie serce. Przynajmniej do zgromadzonych w tym pomieszczeniu.
Zerknął na Ritę.
– Nie mam pojęcia, najpierw szczekał w stronę mgły, a potem po prostu skoczył. – To zdecydowanie była dziwna sytuacja, ale nie wiedział skąd wynikała. – Może coś wyczuł?
Grunt, że żadne z nich nie postanowiło się również rzucić z mostu, bo byłoby to co najmniej problematyczne.
– No dobrze. Kupiliśmy z Jessim chyba wszystko co było dla niego potrzebne. Pomożecie mi to wypakować? Trzy legowiska to chyba odpowiednią ilość? – Tu oczywiście zwrócił się do młodszej części tego zgromadzenia. – Charlotte, w sumie to jeszcze raz, kogo dzisiaj zabiłaś?