Ślady pazurków jeśli jakieś zostaną, to zapewne niewielkie. Kociak swoje pazurki miał jeszcze miękkie, bardziej przypominały ukłucia igiełek, niż to, co potrafiły dorosłe koty. Zresztą Luna zaraz zrobiła fikołka i zaczęła „atakować” nogę Brenny, szybko odwracając się z plecków na brzuch. Ale do łowczego, to było jej bardzo daleko, między innymi dlatego, że myślała, ze jeśli schowa się za nogą donicą, to wcale nie będzie jej widać.
– Nie ma rzeczy niemożliwych, Bren. Spójrz na mnie – słowa swojej babci, z którą Laurent kontaktował się na początku czerwca. Mocno zapadły jej w pamięć. Każdą granicę da się przekroczyć. Wierzyła w to całą sobą, a widząc różne dziwny na świecie… Tak. Uważała, że taka magia istnieje, w tej czy innej formie. – Może to jakiś rytuał? Może to po to te wszystkie afrykańskie, szamańskie mumbo-jumbo, nie wiem – nic tu nie było normalne. No ale jak spojrzeć prawdzie w oczy, to… Czy to się nie sklejało w całość? Czy nie było w tym wszystkim luk, które wcale nie rzucały się w oczy od początku, ale jeśli zebrać kilka takich sytuacji do kompletu… – Za pomocą magii jesteśmy w stanie zmienić wspomnienia innych, niektórzy potrafią czytać w myślach. Ale przypomnij sobie, co działo się na Perle Morza. Albo w czasie Beltane. Jeśli tamte rzeczy mogły mieć miejsce, to dlaczego ten zjeb nie mógł… rzucić jakiegoś wielkiego zaklęcia, które miesza ludziom w głowach i percepcji? A jeśli coś go opętało… To może tym bardziej – zresztą… Skoro Brenna do tej pory była przekonana, że ten Sam i Thoran to dwie różne osoby, a teraz nagle… wyglądali tak samo, a nigdy nawet nie przeszło jej to przez myśl… Czy to nie było pewnym dowodem samym w sobie? Że widząc Thorana nie pomyślała, że coś tu nie gra, a że wszystko jest w należytym porządku. – Może był w Afryce? Może tam się cos stało i wrócił już odmieniony… i stąd te afrykańskie rytmy? – szukała już teraz po prostu każdego wyjaśnienia dla tego absurdu. Jak nie to napierdalanie w losowe instrumenty, to jakieś szamańskie uga-buga.
Victoria uśmiechnęła się przepraszająco do Brenny. Między innymi dlatego potrzebowała partnera w zbrodni – mogłaby się tam sama spróbować dostać, ale po pierwsze nie wiedziała, co tam zastanie, a gdyby już nie mogła stamtąd wyjść…? W dwie osoby było bezpieczniej. A po drugie… cóż. Potrzebowała pomocy, bo tak – nadal miała lęk wysokości.
W tej sytuacji pomocne było to, że to było tylko pierwsze piętro… Co prawda wysokie, jak to w kamienicach, ale nadal pierwsze, no i Victoria już się zastanawiała, co zrobić z tym fantem. Wymyśliła sobie, że wyczaruje magiczną siatkę pod balkonami – w razie jakby miała spaść i… liny, żeby czuć się nieco pewniej i bezpieczniej. Ale może udałoby jej się po prostu teleportować na ten drugi balkon i udawać, że wcaaale nie jest na wysokości, a te siatki i liny to jakby jednak teleportacja nie była możliwa? Wiedziała, że musi zacisnąć zęby, bo zwyczajnie nie było innej drogi.
– Balkon jest tutaj – podeszła do jednej z zasłon i rozchyliła ją odrobinę. – Będę za tobą… – dodała nieco mniej pewnie, ale zaraz wzięła głęboki wdech i głośno wypuściła powietrze. – Dam radę, muszę – wydawała się być bardzo o tym przekonana. – Luna, Kwiatuszek, bądźcie grzeczni – pozwoliła Brennie wyjść pierwszej, a sama ruszyła zaraz za nią, stając na razie przodem do drzwi własnego mieszkania. Wyciągnęła różdżkę i pociągnęła drzwi do siebie, by się przymknęły, a w razie czego można je było otworzyć pchnięciem ręki. Dopiero kiedy się odwróciła i spojrzała z jednego balkonu na drugi (bo wskazała też Brennie właściwy kierunek), zaczęła zastanawiać się nad swoimi wyborami życiowymi.
Bo balkon? Przełażenie po balkonie? Co ją do licha ciężkiego podkusiło… Ale wiedziała też, że to nie racjonalne myśli, a strach. Przymknęła na moment oczy, próbując uspokoić oddech. Nicciniebędzienicciniebędzienicciniebędzie.