Spotkania znajomych. Tak. Coś było z nim nie tak od jakichś ostatnich trzech miesięcy, a może nawet i więcej. Może to się zaczęło przed Beltane, a może zaraz po nim. Nie miało to znaczenia - znaczenie miało to, że sie tak pogłębiało i pogłębiało i pogłębiało... Może rzeczywiście zamknie się w swoim nowym domu jak księżniczka w wieży, kupi sobie smoka (ochrona nie była taka droga) i będzie obserwował słońce wędrujące po niebie i gwiazdy, które się pojawiają. W końcu. Wyczekiwane i wypatrywane, prawdziwe, nie te ze sztucznego nieba. Zupełnie niepotrzebnie próbował nauczyć się konstelacji i poznać ich głębsze sekrety. Nie miało to żadnego znaczenia.
Małe znaczenie miało też to tu i teraz, w którym jego oczy błądziły po lśniącej biżuterii mamiącej i wabiącej. To nie smoki spały na klejnotach, to selkie! Powinien stworzyć swój własny skarbiec, w którym bywałby częściej niż we własnej sypialni - na szczycie morza złota i klejnotów leżałby ten pierścionek, który teraz Laurent obracał palcami - własnoręczny wyrób Viorici. Albo schowałby go właśnie najgłębiej, pod wszystkimi stosami, zazdrośnie go strzegąc. W innej wersji - nie chcąc dawać się zwieść na pokusę jego blaskowi. I wspomnieniom myśli, jakie mógł przywodzić.
Dopiero głos Cedrica i Vioricy wymusił na nim oderwanie błękitnych oczu od tych cudeniek. Uśmiechnął się najpierw do nieznajomego Cedrica. Już-w-zasadzie-znajomych. Wyciągnął do nich dłoń, tą Viorici szarmancko ucałował, jak przecież kurtuazyjnie wypadało. Albo i nie, bo skoro to była znajoma Flynna to może takie gesty były jej nie w smak. Laurent jednak nie zakładał, że jakiejkolwiek kobiecie taki gest mógłby się nie podobać (nawet takiej przeklinającej, co przeczyło byciu damą). Miał przed sobą piękną kobietę, która z pewnością miała swoich adoratorów. A czy z takimi grzecznościami spotykała się częściej czy też nie..? Oto było pytanie...
- Czasem mam wrażenie, że ludzki język jest zbyt ubogi, by wyrazić dostateczny zachwyt nad dziełem tworzonym przez ludzkie ręce. O ile coś tak pięknego mogło wyjść spod dłoni człowieka. - Teraz uśmiechnął się do niej. - Jest piękny. - Parę zdań przeszło mu przez myśl, które mógłby z siebie wykrzesać w o wiele bardziej poetyckich określeniach, ale jakoś nie potrafił się na to zdobyć. Wszystko wydawało się za miałkie, albo to tylko zrujnowana tego fantastycznego dnia pewność siebie nakazywała zamknąć pysk i ograniczyć przekaz informacji do minimum, skoro już i tak trochę popeplał, żeby posłodzić twórczyni. Zrobił drobny kroczek na bok i obrócił się w stronę sceny, gdzie była młodo wyglądająca dziewoja z Morpheusem, którzy wprawili Flynna w kiepski nastrój. Ewidentnie urządzona została kolejna zabawa.