10.07.2024, 20:03 ✶
Charlie nie zamierzał oceniać nikogo wedle problemów z teleportacją czy jakąkolwiek inną formą transportu. Sam nie był najlepszy w translokacji i wolał użyć swoich dwóch nóg aniżeli magicznych środków, które zawsze mogły zawieść, dlatego też tym razem wdzięczny był za spacer, jaki sam zaproponował Olivii.
Początkowe słowa towarzyszki zaskoczyły Charliego, nim nie spostrzegł on, że był to tylko żart.
- Sugeruję, że może mogłabyś przyjąć pomoc tego wysokiego, przystojnego i szarmanckiego mężczyzny? - Odpowiedział jej w lekkim tonie, lecz ramię opuścił, skoro nie chciała go przyjąć. Nie mógł jej zmusić. Nie komentował jej wyboru sposobu poradzenia sobie ze stresem, każdy radził sobie jak mógł. Sam wsunął dłonie do kieszeni spodni. - Nie do końca zrozumiałem, kim jest ten mężczyzna. Mówili, że Borgin? Wuj zna jednego Borgina, ale... ale to nie on. Przecież rozpoznałbym go. - Mruczał do siebie. Nie zobaczył prawdziwej twarzy Stanleya, gdy spadła maska, zbyt wpatrzony w Olivię. Przegapił swoją szansę na identyfikację sprawcy, która przecież nie była potrzebna aurorom. Wiedzieli, kogo szukać.
Młody Mulciber westchnął. Nie miał powodu, by nie martwić się o Sophie, ale czy ta ruda wiewióra nie spadała zawsze na cztery łapy? To, że nie mógł pomóc, męczyło go, musiał jednak pamiętać, że nie był aurorem. Nigdy nim nie został i już nie zostanie.
- Spodziewam się, że miała różdżkę. Nie powinna zostawiać jej w domu. Jeśli ona będzie piła herbatę lawendową, to czego będę potrzebował ja? Albo mój wuj? - Pytał, nawet jeśli nie było odpowiedzi na jego słowa. - Wolałbym, żeby nie musiała uciekać. Żeby... po prostu ją puścił.
W nerwach kopnął mały kamyk, który odłamał się z bruku. Musiał trzymać nerwy na wodzy. Bez tego będzie tylko kolejnym problemem dla rodziny.
- Tak, tak, tata jest aurorem w Norwegii. - Odpowiedział na pytanie Olivii. - Przyjechał pomóc bratu, więc teraz ma przerwę. Też miałem być aurorem, dlatego tata mnie uczył. Ale zrezygnowałem, nie pytaj dlaczego.
Początkowe słowa towarzyszki zaskoczyły Charliego, nim nie spostrzegł on, że był to tylko żart.
- Sugeruję, że może mogłabyś przyjąć pomoc tego wysokiego, przystojnego i szarmanckiego mężczyzny? - Odpowiedział jej w lekkim tonie, lecz ramię opuścił, skoro nie chciała go przyjąć. Nie mógł jej zmusić. Nie komentował jej wyboru sposobu poradzenia sobie ze stresem, każdy radził sobie jak mógł. Sam wsunął dłonie do kieszeni spodni. - Nie do końca zrozumiałem, kim jest ten mężczyzna. Mówili, że Borgin? Wuj zna jednego Borgina, ale... ale to nie on. Przecież rozpoznałbym go. - Mruczał do siebie. Nie zobaczył prawdziwej twarzy Stanleya, gdy spadła maska, zbyt wpatrzony w Olivię. Przegapił swoją szansę na identyfikację sprawcy, która przecież nie była potrzebna aurorom. Wiedzieli, kogo szukać.
Młody Mulciber westchnął. Nie miał powodu, by nie martwić się o Sophie, ale czy ta ruda wiewióra nie spadała zawsze na cztery łapy? To, że nie mógł pomóc, męczyło go, musiał jednak pamiętać, że nie był aurorem. Nigdy nim nie został i już nie zostanie.
- Spodziewam się, że miała różdżkę. Nie powinna zostawiać jej w domu. Jeśli ona będzie piła herbatę lawendową, to czego będę potrzebował ja? Albo mój wuj? - Pytał, nawet jeśli nie było odpowiedzi na jego słowa. - Wolałbym, żeby nie musiała uciekać. Żeby... po prostu ją puścił.
W nerwach kopnął mały kamyk, który odłamał się z bruku. Musiał trzymać nerwy na wodzy. Bez tego będzie tylko kolejnym problemem dla rodziny.
- Tak, tak, tata jest aurorem w Norwegii. - Odpowiedział na pytanie Olivii. - Przyjechał pomóc bratu, więc teraz ma przerwę. Też miałem być aurorem, dlatego tata mnie uczył. Ale zrezygnowałem, nie pytaj dlaczego.