10.07.2024, 23:47 ✶
Powoli szykowała się do malowania, powoli chciała wypełnić czas i przestrzeń barwami, które jej przyniósł, którymi nielegalnie mogła się częstować, jak papierosami podarowanymi w pewnym sensie pod stołem, z dala od wścibskiego wzroku sanitariuszy. Zapaliła, zaciągnęła się wspólnym powietrzem w pełni świadoma jego osoby obok. Tego, że jest prawdziwy.
Nie była pewna, czemu przy wejściu dostrzegła samą siebie. Czy aż tak się o nią martwił? Czy myślał o niej? Nie dał jej tego odczuć, nie czuwał przy jej łóżku w miesiącu próby, gdy dusz szarpał się o wyjście ze świata duchów. Z drugiej strony, czy ona była przy jego łóżku, gdy kolejną noc cierpiał? Gdy słyszał krzyki swojej matki, a może skorupy, która pozostała – za słaba by żyć, za silna by umrzeć. Mildred nie dostrzegała jeszcze tej analogii, zbyt skupiona na chwili obecnej, zbyt skupiona na tarocie, zbyt skupiona na nim.
Przyjęła objęcie z całym bagażem drżenia, tików, i tęsknoty za dotykiem, którą drżało wątłe ciało. Chwilę potrwało nim zaakceptowała ciężar ramion, nim uspokoiła się, nim wrosła, oddając uścisk z pełnią zaangażowania, ufnie kryjąc się w pewnym objęciu jej nie tylko krewniaka, ale też przyjaciela.
– Świat to dojrzałość i komplementarność. Świat to ja nigdy. – Odpowiedziała mu zachrypnięta, w głuchości wizji wróża, która była tak boleśnie prawdziwa. Poszukiwania. Ostrze króla mieczy bezwzględnie odcinające ziarno od plew, każące jej wybrać, ale wszystko... wszystko wibrowało wokół siódemki i niemocy wyboru. To punkt krytyczny drogi, przyjdzie jej wybrać, przyjdzie w końcu zdecydować. Bała się tego, zastała w statusie quo, w tym co było, życiu miałkim, ale jej życiu, w którym osamotnienie i niezrozumienie siebie były jak stare przyjaciółki, w których przypadku nie wiesz już czy to rzeczywiście przyjaźń czy już zasiedzenie.
Są ze mną tyle lat...
Przymknęła powieki. Nie chciała już o tym myśleć, chciała tylko czuć jego objęcie, chciała czuć dłoń we włosach rozczesującą kosmyki, rozczesującą myśli. Chciała czuć bicie jego kochanego serca, kochającego serca. Jeśli bał się, że kochał ją za dużo, że za bardzo, coś co robił wobec niej, odpowiedziałaby mu bez wahania, że nie ma czegoś takiego jak za dużo miłości, nawet za dużo to za mało. Głód w niej był bezbrzeżny, toksyczny, infekujący depresją i marazmem. Była czarną dziurą pochłaniającą wszystko, nigdy nie będącą w stanie zaspokoić swojego pragnienia. Ale teraz, gdy byli blisko na kocu, zdawała się wyciszać, zdawała się koić. I kto wie, może kiedyś, może kiedyś miłość Peregrinusa pomoże jej znaleźć uzdrowienie. Może kiedyś będzie jej zgubą. W oczach Mildred nie było między tymi słowami zbyt wielkiej różnicy.
Nie była pewna, czemu przy wejściu dostrzegła samą siebie. Czy aż tak się o nią martwił? Czy myślał o niej? Nie dał jej tego odczuć, nie czuwał przy jej łóżku w miesiącu próby, gdy dusz szarpał się o wyjście ze świata duchów. Z drugiej strony, czy ona była przy jego łóżku, gdy kolejną noc cierpiał? Gdy słyszał krzyki swojej matki, a może skorupy, która pozostała – za słaba by żyć, za silna by umrzeć. Mildred nie dostrzegała jeszcze tej analogii, zbyt skupiona na chwili obecnej, zbyt skupiona na tarocie, zbyt skupiona na nim.
Przyjęła objęcie z całym bagażem drżenia, tików, i tęsknoty za dotykiem, którą drżało wątłe ciało. Chwilę potrwało nim zaakceptowała ciężar ramion, nim uspokoiła się, nim wrosła, oddając uścisk z pełnią zaangażowania, ufnie kryjąc się w pewnym objęciu jej nie tylko krewniaka, ale też przyjaciela.
– Świat to dojrzałość i komplementarność. Świat to ja nigdy. – Odpowiedziała mu zachrypnięta, w głuchości wizji wróża, która była tak boleśnie prawdziwa. Poszukiwania. Ostrze króla mieczy bezwzględnie odcinające ziarno od plew, każące jej wybrać, ale wszystko... wszystko wibrowało wokół siódemki i niemocy wyboru. To punkt krytyczny drogi, przyjdzie jej wybrać, przyjdzie w końcu zdecydować. Bała się tego, zastała w statusie quo, w tym co było, życiu miałkim, ale jej życiu, w którym osamotnienie i niezrozumienie siebie były jak stare przyjaciółki, w których przypadku nie wiesz już czy to rzeczywiście przyjaźń czy już zasiedzenie.
Są ze mną tyle lat...
Przymknęła powieki. Nie chciała już o tym myśleć, chciała tylko czuć jego objęcie, chciała czuć dłoń we włosach rozczesującą kosmyki, rozczesującą myśli. Chciała czuć bicie jego kochanego serca, kochającego serca. Jeśli bał się, że kochał ją za dużo, że za bardzo, coś co robił wobec niej, odpowiedziałaby mu bez wahania, że nie ma czegoś takiego jak za dużo miłości, nawet za dużo to za mało. Głód w niej był bezbrzeżny, toksyczny, infekujący depresją i marazmem. Była czarną dziurą pochłaniającą wszystko, nigdy nie będącą w stanie zaspokoić swojego pragnienia. Ale teraz, gdy byli blisko na kocu, zdawała się wyciszać, zdawała się koić. I kto wie, może kiedyś, może kiedyś miłość Peregrinusa pomoże jej znaleźć uzdrowienie. Może kiedyś będzie jej zgubą. W oczach Mildred nie było między tymi słowami zbyt wielkiej różnicy.
Koniec sesji