Przywykła do tych wybuchów złości, a kluczem było po prostu… dać im przeminąć. Nie dać się sprowokować, bo one często nie były wymierzone w nikogo konkretnego, po prostu następowały i… potem łagodniały. Znikały, jak fale, które rozbijają się łagodnie o brzeg, zabierając ze sobą zamki z piasku, zalewając dziury, pozwalając plaży się wyrównać. Gniew, jaki buzował w Saurielu, sam był jak ta woda – fala, która go obmywała i w końcu pozostawiała… co dokładnie? Spokój? Nic? Ciemnowłosa nie wierzyła, że to było nic. A przepraszała go szczerze; wierzyła w moc słów, swoich emocji, nie robiła względem Sauriela fałszywych ruchów, ani nie rzucała słów na wiatr. Kiedy mówiła, że jej przykro, to było jej przykro. Kiedy mówiła, że go przeprasza, to uważała, że jest za co. Kiedy mówiła, że jest dla niej ważny…
Próba zrozumienia uczuć drugiej osoby, nawet jeśli nieudana, zawsze była rozwojem. Bo była próbą, dobrą intencją, znakiem, że jeszcze się walczyło, że coś było istotnego… że ktoś był istotny, jego uczucia i emocje, że chciało się… brać w tym udział? Nawet jeśli tylko pośredni, bierny. Victoria starała się zrozumieć Sauriela i robiła co mogła, choć danych nie miała zbyt dużo, a on… wiele razy dał jej znać, że też się starał. O tym była przekonana – o tych staraniach, tak wtedy, gdy dopiero mieli zostać zaręczeni, jak i po tym, gdy już ona zgodziła się zostać jego żoną… a teraz? Czy były starania? Victoria sądziła, że tak: malutkie, ledwo widoczne, ale tym bardziej ważne, bo była naocznym świadkiem upadku i załamania czyjegoś świata. A jednak… a jednak. Miało nie być dziwnie. Czy było? Chyba nie. Było… było naturalnie, małe kroczki na piasku były stawiane i czasami pożerała je woda. A czasami leciutko je tylko obmywała.
– Myhym – mruknęła pod nosem. – Nie moja bajka – w żadnym calu nie jej bajka, ale Rookwood chyba doskonale o tym wiedział. Słyszała o tym burdelu i to nie tak, że nigdy do żadnego w sprawach związanych z pracą nie była. Wcale nie pracowała tak krótko jak Sauriel sądził: tak, niecały rok jako pełnoprawny auror z uprawnieniami, ale wcześniej trzy lata na stażu w biurze aurorów uczyła się przecież od innych i normalnie wykonywała zawód, bo jak inaczej przeszłaby szkolenie? A wcześniej dwa lata w BUM-ie. To było ponad pięć lat pracy jako pies, choć tak naprawdę nikt nigdy nie miał odwagi tak ją nazwać. Victoria nie była żadnym psem. – Okej, okej, rozumiem – rozumiała. Sauriel potrafił się bić, rozmawiali nieraz i co prawda w większości to były jakieś ochłapy (teraz wylał z siebie znacznie więcej, pewnie przez ten alkohol…), to coś tam z tego poskładała. Ale dopiero teraz miała cały obraz. I obchodziło ją tylko to, że sam nie brał tego syfu. Zaś to, co wyrwało się z jej ust, to był chyba… jakiś delikatny oddech ulgi.
Patrzyła na niego w ciszy. Wyglądał… tak, nie wyglądał jak grzeczny chłopiec, ale nigdy tego od niego nie oczekiwała, podobał jej się właśnie taki, prawdę mówiąc. Ale to jego zamyślenie, to jak spojrzał w niebo… pomimo tego, że powiedziała mu, że coś wymyśli – on zdawał się być naprawdę zaskoczony. Że próbowała? Nie wierzył, że to będzie tego warte, czy że faktycznie się tego podejmie? Jego zamyślona mina, nieco zamglone, może nawet tęskne spojrzenie… Victoria delikatnie wyciągnęła do niego rękę, by przejechać zimnymi palcami po jego przedramieniu, złapać go za dłoń – dla nabrania otuchy.
– Nie mogę obiecać, że wyjdzie za pierwszym razem. Ale mogę dać słowo, że zrobię cokolwiek trzeba, żeby się udało i że nie pozwolę, żeby to się wymknęło spod kontroli – trochę się tego testowania bała… ale z drugiej strony przy najmniejszym sygnale, że coś jest nie tak, zareagowałaby odpowiednio. Tu naprawdę nie było innego sposobu, jak po prostu próbować i ulepszać formułę, wyciągając odpowiednie wnioski. Wręcz nie wierzyła, że uda się za pierwszym razem. – Mam też kilka innych pomysłów, ale uznałam, że ten jest… że ten chciałabym zrobić na początku – był w ogóle ciekawy, co jej głowa w ogóle wymyśliła? Co nakreśliła w swoim dzienniku, jaki miała cel i ile o tym wszystkim myślała? Pomiędzy pracą, przeprowadzką i dumaniem nad jej własnym, wcale niemałym, problemem.
– Zatańczysz ze mną jeszcze? – facet powinien o to prosić, ale on już prosił, więc teraz ruch był po jej stronie. Tak, tamten taniec nie wyszedł jak powinien i Victoria chciała to naprawić. I chciała też dać Saurielowi znać, że nadal jest do tego chętna i nie była zrażona, a było pewne, że się poprawi. Chciał i wolał prowadzić, więc nie pchałaby mu się w paradę jeszcze raz. Uwielbiała tańczyć, ale tu nie chodziło o zabawę do rana z byle kim. Ona… chciała się po prostu bawić z nim. I tak jak on od początku chciał zatańczyć z nią, tak ona od początku chciała zatańczyć z nim. Nie wiedziała o jego chęciach, nigdy jej o tym nie mówił, tak jak nie powiedziała ona. Ale czy te intencje nie były wystarczająco wymowne?