Gerry od zawsze miała tendencje do przewidywania. Z góry zakładała wszystkie możliwe sytuacje jakie mógłby przynieść jej los. Niczego nie bała się tak jak odrzucenia, to mogło być najgorszą z możliwości, dlatego tak bardzo bała się przywiązania.
Siedziała tu z nim jednak, wpatrującym się w nią tymi błękitnymi oczami, nie wiedziała jak mogłaby go powstrzymać przed tym, co robił. To spojrzenie doprowadzało ją do szału, lustrowało na każdy możliwy sposób, był inny niż wszyscy których znała i miała się o tym przekonać bardzo dokładnie.
- Nie wyglądasz na zadowolonego. - Zostali sąsiadami, ale co z tego. Była jego sąsiadką, mógł ją lubić, albo nie. Nic nie zmieniało to, że mieszkali obok siebie. Nadal mogli udawać, że się nie znają. Czy na pewno? Yaxley wiedziała, że to nie będzie takie proste, nie po tym, jak znowu na niego wpadła, i przepadła w tych błękitnych oczach.
- A ja mieszkam tu od dawna. - Postanowiła dodać, bo faktycznie tak było. Mieszkała tu od dawna, nadal nie zdążyła nawiązać żadnych sąsiedzki relacji, poza tą z Florence, która polegała na tym, że wpadała do niej zawsze jak jej życie było w zagrożeniu i potrzebowała pomocy.
- Dlaczego? bo miałam na to ochotę. - Ona zawsze robiła to, co chciała, co wydawało jej się słuszne, nie przejmowała się zadaniem innych, dlatego też właśnie go przeprosiła. Uważała też, że wtedy źle zrobiła, nie zastanawiała się zbyt długo nad tym, co mogą spowodować jej słowa, nad tym że mogą go zranić. Jeśli uważała że popełniła błąd, to nie miała większego problemu z tym, żeby przeprosić nawet kilka lat za późno.
Pociągnęła spory łyk alkoholu, miała ochotę się znieczulić, bo rzadko kiedy stawiała siebie w podobnych sytuacjach, rzadko kiedy ponosiła konsekwencje za to, co zrobiła kiedyś.
Co miała mu odpowiedzieć? Nie wiedziała. Upiła spory łyk brandy, ta rozmowa nie należała do tych najbardziej lekkich. Miała spory problem z tym, żeby mówić o tym co nią kierowało kiedyś, czy teraz. Ciągle się jednak mu przyglądała, nie odrywała wzroku nawet na moment.