Południowe stragany
Zmierzył Cedrica wzrokiem i uśmiechnął się szerzej. Ten jego uśmiech miał w sobie jakąś iskrę cwaniactwa, więc Viorica mogła od razu wyczuć, że jej przyjaciel zaczyna coś knuć. Ładny był ten chłopaczek, na łbie miał wieniec metalowych liści, których Crow niedałby sobie założyć na łeb za żadne skarby tego świata, nawet jeżeli doceniał kunszt wykonania...
- Nieee słodziutki - ukradkiem zerknął kątem oka na Vior, ale nie był w tym aż tak subtelny jak myślał, że jest - ja jestem lutnikiem, to był mój zły bliźniak Worc. Biuro Aurorów nie może go dopaść od dziesięciu lat. Słyszałem, że sprawa dobrze się ciągnie, znaczy ekhm, strasznie się ciągnie. - Rzucił żartem, ale ewidentnie brakowało mu charyzmy do powiedzenia tego w pełni swobodnie. Zabrzmiał ordynarnie, ale wciąż dosyć drętwo jak na kogoś, kto się właśnie wił po tej scenie jak wąż, a teraz przyczłapał tutaj ubrany w tak obcisłe spodnie, z resztkami ciemnego cienia na powiekach i koszem pełnym... kotów i wody święconej. Tak, sam chciał tutaj przyjść i zobaczyć to stoisko Zamfir, ale nie znaczyło to wcale, że się czuł tutaj w pełni swobodnie. Trójka była już niekomfortową ekipą, czwórka to już zbyt tłoczno, jak pojawi się ktoś jeszcze, Crow najpewniej zamknie jadaczkę i nie odezwie się już wcale, jakby go nagle wszystkie te rozmowy przestały dotyczyć.
Komplementy zdawały się go nie ruszać, ale to wcale nie dlatego, że go nie ruszały - udawał, przybrał kamienną twarz i nie podjął tego tematu, bo kompletnie nie potrafił ich przyjmować. Tak, chciał to słyszeć i czuć się dobrze, ale sam przed sobą wstydził się przyznać, jak bardzo był z siebie zadowolony, a co dopiero przed drugim człowiekiem. Ktoś, komu na nim zależało, wyczuwał to pewnie od razu, bo się zachowywał jak zawsze - czyli jak głupi dzieciak - dla niego chyba nie było ratunku... W udawanie był prawie tak dobry jak podejmowanie dobrych, życiowych decyzji.
- Słuchaj, ja już jestem spłukany - odparł unosząc bezradnie ręce, ale w taki sposób, żeby nie upuścić rzeczy Laurenta na bruk. Poza tym co miałby tu kupić? W takim wieńcu wyglądałby jak Dionizos. Alexander był na niego obrażony. Cain? On by się pewnie ucieszył ze wszystkiego, ale to wcale nie znaczyło, że kupił mu trafiony prezent, po prostu ten facet był tak cholernie słodki... Musiałby mieć więcej niż pięć minut, żeby to wszystko przemyśleć. Myśląc o sobie pomyślał więc o kolczykach, więc niby leniwie zbadał wzrokiem asortyment... Nie chcąc przyznawać się do tego ile pieniędzy odłożył na czarną godzinę, wolałby jak zawsze umówić się na barter. - Wiesz co byłoby fajne? - Rzucił nagle, przyglądając się wystawie, starając się zdusić narastającą w sercu zazdrość, kiedy Viorica została zalana ciepłymi słowami z ust Laurenta. - Taki dłuższy i zagięty, żeby dało się przebić nim pępek.
A skoro o Laurencie mowa, Crow nie mógł nie zauważyć jego zainteresowania sceną.
- Czekasz na występ tej cizi? - Miał na myśli zapowiedzianą piosenkarkę. On nie miał pojęcia kto to jest, ale muzyka zawsze do niego przemawiała. Świat kręcił się wokół własnej osi, bez sensu było stać. Trzeba było tańczyć. Faszyści niedługo przejmą ten kraj, ale w piwnicach jego ulubionych klubów to nie miało znaczenia. Coraz mocniej nienawidziło się takich jak on, ale ktoś ostatnio złapał go za ręce, dał poprowadzić się w tańcu i wyglądał na szczęśliwego. Te ale trzymały go jeszcze przy życiu.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.