11.07.2024, 09:09 ✶
W Little Hangleton zawsze działo się coś nieprzyjemnego.
Florence nie bywała w tej miejscowości często. Właściwie unikała jej jak tylko mogła, a okazyjnie wizyty były nieodmiennie związane z wezwaniami medycznymi, ewentualnie z rzadkimi odwiedzinami u krewnej. Little Hangleton miało ponurą atmosferę, było pełne czarnoksiężników oraz, paradoksalnie, mugoli. A chociaż tych drugich Bulstrode nie darzyła nienawiścią, to byli dla niej trochę jak istoty z innej planety. W Londynie, jeśli już opuszczała w ogóle magiczne dzielnice lub Munga, było jakoś łatwo ich mijać w anonimowym tłumie niż tutaj, gdzie większość mieszkańców się kojarzyła.
Tym razem chodziło o przypadek medyczny - a że chory źle znosił teleportację, transport do szpitala mógł mu zaszkodzić. Florence pojawiła się na miejscu dokładnie dwie minuty przez czasem, i czekała aż dołączy do niej jeden ze stażystów (wzdychając w duchu, że trafił się jej właśnie on, bo Leo O'Dwyer jej zdaniem mógł być wszystkim, ale nie materiałem na poważnego, profesjonalnego medyka).
Nie pojawił się o umówionej godzinie.
Nie pojawił się minutę później.
I dwie minuty później.
Florence, zerkając na zegarek, pomyślała, że czeka ich poważna rozmowa na temat punktualności. Może dla większości ludzi chwila spóźnienia nie stanowiła problemu, ale ona była jednostką bardzo zasadniczą i uważała, że to brak szacunku do niej oraz, co gorsza, dla pacjenta.
Po trzech minutach już zamierzała odwrócić się i wejść na teren posesji, zdecydowana, że Leo wpakował się w poważne kłopoty. I może biedny O’Dwyer skończyłby ostatecznie bezlitośnie pogryziony przez wściekłe kundle, gdyby Florence nie musiała obejść domu, odchodząc od głównej uliczki, bo furtka leżała z boku.
Najpierw jej uszu dobiegł warkot, a ona przystanęła, odruchowo dłoń kładąc na kieszeni spódnicy, w której skrywała się różdżka. Nie wyjęła jej od razu: pamiętała, że jest w miejscowości pełnej mugoli. Ledwo jednak zobaczyła kogoś skulonego na ulicy, bezlitośnie atakowanego przez sforę, a przestała się wahać. Przepisami kodeksu tajności i wzywaniem kogoś do czyszczenia pamięci będzie martwiła się później.
Na razie wyciągnęła różdżkę, a trzy psy zostały bezlitośnie wyrzucone w powietrze mocą zaklęcia. Florence lubiła zwierzęta. Wcale nie chciała ich krzywdzić. Ale te były agresywne, być może wściekłe i wolała nawet nie myśleć, co by się stało, gdyby dopadły dziecko…
Florence nie bywała w tej miejscowości często. Właściwie unikała jej jak tylko mogła, a okazyjnie wizyty były nieodmiennie związane z wezwaniami medycznymi, ewentualnie z rzadkimi odwiedzinami u krewnej. Little Hangleton miało ponurą atmosferę, było pełne czarnoksiężników oraz, paradoksalnie, mugoli. A chociaż tych drugich Bulstrode nie darzyła nienawiścią, to byli dla niej trochę jak istoty z innej planety. W Londynie, jeśli już opuszczała w ogóle magiczne dzielnice lub Munga, było jakoś łatwo ich mijać w anonimowym tłumie niż tutaj, gdzie większość mieszkańców się kojarzyła.
Tym razem chodziło o przypadek medyczny - a że chory źle znosił teleportację, transport do szpitala mógł mu zaszkodzić. Florence pojawiła się na miejscu dokładnie dwie minuty przez czasem, i czekała aż dołączy do niej jeden ze stażystów (wzdychając w duchu, że trafił się jej właśnie on, bo Leo O'Dwyer jej zdaniem mógł być wszystkim, ale nie materiałem na poważnego, profesjonalnego medyka).
Nie pojawił się o umówionej godzinie.
Nie pojawił się minutę później.
I dwie minuty później.
Florence, zerkając na zegarek, pomyślała, że czeka ich poważna rozmowa na temat punktualności. Może dla większości ludzi chwila spóźnienia nie stanowiła problemu, ale ona była jednostką bardzo zasadniczą i uważała, że to brak szacunku do niej oraz, co gorsza, dla pacjenta.
Po trzech minutach już zamierzała odwrócić się i wejść na teren posesji, zdecydowana, że Leo wpakował się w poważne kłopoty. I może biedny O’Dwyer skończyłby ostatecznie bezlitośnie pogryziony przez wściekłe kundle, gdyby Florence nie musiała obejść domu, odchodząc od głównej uliczki, bo furtka leżała z boku.
Najpierw jej uszu dobiegł warkot, a ona przystanęła, odruchowo dłoń kładąc na kieszeni spódnicy, w której skrywała się różdżka. Nie wyjęła jej od razu: pamiętała, że jest w miejscowości pełnej mugoli. Ledwo jednak zobaczyła kogoś skulonego na ulicy, bezlitośnie atakowanego przez sforę, a przestała się wahać. Przepisami kodeksu tajności i wzywaniem kogoś do czyszczenia pamięci będzie martwiła się później.
Na razie wyciągnęła różdżkę, a trzy psy zostały bezlitośnie wyrzucone w powietrze mocą zaklęcia. Florence lubiła zwierzęta. Wcale nie chciała ich krzywdzić. Ale te były agresywne, być może wściekłe i wolała nawet nie myśleć, co by się stało, gdyby dopadły dziecko…