11.07.2024, 09:25 ✶
Patrząc z miotły Heather stosunkowo łatwo wyłowiła miejsce, w którym ogień szalał najbardziej. Miała też tę przewagę, że mogła strumień wody lać z góry i łatwo się poruszać. Jej zaklęcie, bardzo silne zresztą, zalało płomienie, które zaczęły z sykiem przygasać, uwalniając jeszcze większe kłęby dymu.
W tej chwili teleportował się Thomas.
Miał szczęście: nie wiedząc przecież, co i gdzie płonie, i nie znając jeszcze terenów Księżycowego Stawu dobrze, mógł wybrać na miejsce teleportacji miejsce, w którym szalałyby płomienie lub pełno byłoby dymu. Tymczasem wylądował całkiem bezpiecznie, chociaż natychmiast zobaczył przed sobą pożar, a gryzący dym zaczął wdzierać się w gardło. Ujrzał Heather, latającą nad płonącym żywopłotem i próbującą ugasić pożar w ogrodzie. I ze swojej pozycji mógł dojrzeć także wyłamane drzwi, wiodące do posiadłości.
Gdzieś z jej wnętrza dobiegł huk. Ktoś był w środku.
Gdyby Thomas zdecydował się pobiec w tamtą stronę, w salonie dostrzegłby trupa.
Nie zwłoki – szkielet, w strzępach damskich ubrań, ubabrany ziemią, animowany nekromantyczną magią. Przewracał meble, czy to w rozkazie otrzymanym od Lydii, czy w szale głodu i niszczenia. Kiedyś to był człowiek: Estella Julius, która dorastała w tym domu lub Galahad Bulstrode, który ją pokochał. Kiedyś chodzili po tych pomieszczeniach. Kiedyś może kochali to miejsce. Teraz istota przybyła je zrujnować. Nie był to przyjemny widok, zwłaszcza że Thomas Figg nie widywał zapewne zwłok szczególnie często, zwłaszcza takich, które by się poruszały, świeżo po wyjściu spod ziemi.
Erik i Menodora nie mieli do przebycia aż tak dużej drogi, dotarli jednak na miejsce jako ostatni.
Wpadając przez bramę, z ziemi, trudno im było ocenić w pełni, jak poważna jest sytuacja, ale i oni widzieli strumienie wody, które wyczarowywała Heather, zalewając nimi z góry tę część labiryntu położoną bliżej posiadłości. Dwa kolejne silne aquamenti trafiły w płonące rośliny i okiełznały płomienie także z tej strony: po paru minutach pożoga przestała szaleć, i posiadłości nie groziło już spalenie. Ucierpiał głównie żywopłotowy labirynt: po jego połowie pozostały tylko dogasające, ciemne resztki roślin. Poczerniała, nadtopiona rzeźba, kiedyś piękna, chyba marmurowa, teraz nazbyt uszkodzona, aby nadawała się do czegokolwiek, wyłoniła się spomiędzy spalonych roślin. Dostrzegli i fontannę, nie działającą, ale wciąż pełną stojącej, pozieleniałej wody, której dolny poziom był osmalony, ale ocalała tańcząca na jej szczycie dziewczyna z dzbankiem, z którego kiedyś pewnie lała się woda. W powietrzu unosiła się paskudna woń spalenizny. Był to obraz zniszczenia – ale część ogrodów wciąż ocalała, i ogień nie tknął samej posiadłości.
W tej chwili teleportował się Thomas.
Miał szczęście: nie wiedząc przecież, co i gdzie płonie, i nie znając jeszcze terenów Księżycowego Stawu dobrze, mógł wybrać na miejsce teleportacji miejsce, w którym szalałyby płomienie lub pełno byłoby dymu. Tymczasem wylądował całkiem bezpiecznie, chociaż natychmiast zobaczył przed sobą pożar, a gryzący dym zaczął wdzierać się w gardło. Ujrzał Heather, latającą nad płonącym żywopłotem i próbującą ugasić pożar w ogrodzie. I ze swojej pozycji mógł dojrzeć także wyłamane drzwi, wiodące do posiadłości.
Gdzieś z jej wnętrza dobiegł huk. Ktoś był w środku.
Gdyby Thomas zdecydował się pobiec w tamtą stronę, w salonie dostrzegłby trupa.
Nie zwłoki – szkielet, w strzępach damskich ubrań, ubabrany ziemią, animowany nekromantyczną magią. Przewracał meble, czy to w rozkazie otrzymanym od Lydii, czy w szale głodu i niszczenia. Kiedyś to był człowiek: Estella Julius, która dorastała w tym domu lub Galahad Bulstrode, który ją pokochał. Kiedyś chodzili po tych pomieszczeniach. Kiedyś może kochali to miejsce. Teraz istota przybyła je zrujnować. Nie był to przyjemny widok, zwłaszcza że Thomas Figg nie widywał zapewne zwłok szczególnie często, zwłaszcza takich, które by się poruszały, świeżo po wyjściu spod ziemi.
Erik i Menodora nie mieli do przebycia aż tak dużej drogi, dotarli jednak na miejsce jako ostatni.
Wpadając przez bramę, z ziemi, trudno im było ocenić w pełni, jak poważna jest sytuacja, ale i oni widzieli strumienie wody, które wyczarowywała Heather, zalewając nimi z góry tę część labiryntu położoną bliżej posiadłości. Dwa kolejne silne aquamenti trafiły w płonące rośliny i okiełznały płomienie także z tej strony: po paru minutach pożoga przestała szaleć, i posiadłości nie groziło już spalenie. Ucierpiał głównie żywopłotowy labirynt: po jego połowie pozostały tylko dogasające, ciemne resztki roślin. Poczerniała, nadtopiona rzeźba, kiedyś piękna, chyba marmurowa, teraz nazbyt uszkodzona, aby nadawała się do czegokolwiek, wyłoniła się spomiędzy spalonych roślin. Dostrzegli i fontannę, nie działającą, ale wciąż pełną stojącej, pozieleniałej wody, której dolny poziom był osmalony, ale ocalała tańcząca na jej szczycie dziewczyna z dzbankiem, z którego kiedyś pewnie lała się woda. W powietrzu unosiła się paskudna woń spalenizny. Był to obraz zniszczenia – ale część ogrodów wciąż ocalała, i ogień nie tknął samej posiadłości.